Lodzia Makówkówna – Rozdział V (cz. 10)

Samochód ruszył po słabo oświetlonych ulicach. Lodzia zauważyła, że bandzior poruszał się w ich labiryncie bardzo sprawnie, widać było, że nieźle znał okolicę. Radio grało cichutko, mruczało jakąś muzykę… Milczeli teraz, ale to milczenie jej nie ciążyło. Zagłębiona w miękki fotel, podobnie jak w samochodzie Karola, patrzyła na te same obrazy co zawsze, gdy jechała z nim do szkoły tańca. A jednak dziś nic nie było takie samo, u boku bandziora jazda samochodem wyglądała jakoś inaczej… Tak jak kilka godzin wcześniej, zerknęła na jego ledwie widoczną w mrocznym wnętrzu prawą dłoń obsługującą dźwignię zmiany biegów i znów całe jej ciało wypełniło elektryzujące ciepło.

„Ten bandzior coś za mocno na mnie działa” – pomyślała z mieszaniną błogości i podskórnego niepokoju. – „Jakie on ma te oczy! Muszę naprawdę bardzo uważać. Po zachowaniu widać, że to jakiś doświadczony podrywacz, stary wyga, który na kanwie przygody ze schowkiem na szczotki upatrzył mnie sobie na słodką ofiarę. Gapi się chwilami jak głodny tygrys na swój obiad… I do tego nazwał mnie kociakiem, bezczelny drab!”

Zerknęła na niego ukradkiem. Światła mijanych samochodów migały mu po twarzy pod różnymi kątami. Przy jednym z nich dostrzegła drobniutkie zmarszczki w kąciku jego prawego oka.

„Ech, staruszek!” – pomyślała z pobłażaniem. – „Przygód z licealistką mu się zachciewa… A przecież jeszcze pięć czy sześć lat i mógłby być moim ojcem!”

– Przedstawię ci moją przyjaciółkę – powiedziała, żeby coś powiedzieć. – Ma na imię Julia, będzie dziś z kolegą Szymkiem. To najbliższe grono, w którym będziemy się bawić.

– Świetnie – odparł żywo bandzior, zerkając na nią znad kierownicy. – Zapomniałem już, co to znaczy bawić się na studniówce, ale chętnie sobie przypomnę. Opowiedz mi trochę o szkole, dużo tam macie klas?

– Maturalnych cztery – odpowiedziała grzecznie Lodzia. – Łącznie z osobami towarzyszącymi ma być prawie sto pięćdziesiąt osób, czyli całkiem spory bal. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie będziesz się nudził.

– Ja nigdy nie nudzę się na imprezach. Ze wszystkiego da się coś wyciągnąć, nawet z imienin u cioci, jak twierdzi Majk… A właśnie, znasz Majka?

– Znam to stanowczo za dużo powiedziane – uśmiechnęła się. – Ale owszem, miałam okazję go poznać. Byłam u niego co prawda tylko raz…

– Wtedy? – mrugnął do niej porozumiewawczo.

– Tak, właśnie wtedy – odparła z westchnieniem. – Wstyd mi, jak tylko o tym pomyślę. Sama nie wiem, co mi odbiło z tą policją, nie musiałam przecież tego robić…

– Ech, szkoda by było, gdybyś tego nie zrobiła! – zaśmiał się bandzior. – Dla mnie, po tym numerze z szafą na szczotki, to była bezdyskusyjnie najzabawniejsza przygoda w życiu!

– Aresztowanie przez policję? – zapytała z przekąsem.

– Oczywiście! Żałuję, że nie mogłem widzieć swojej własnej miny, to musiał być pierwszorzędny widok. Kumple zapewniają mnie, że wyglądałem jak ostatni dureń. Tak głupio, że aż komicznie.

Lodzia mimowolnie parsknęła śmiechem, przypominając sobie skrajnie zaskoczoną minę bandziora podczas rozmowy z Leśniewskim. Powściągnęła się jednak chwilę potem, uznawszy, że kto jak kto, ale ona na pewno nie powinna się z tego śmiać.

– To mimo wszystko wcale nie było śmieszne – zauważyła z powagą.

– Było – zapewnił ją bandzior. – W pierwszej chwili owszem, nie było mi do śmiechu, ale kiedy zrozumiałem, o co chodzi… nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tak się ubawiłem. Po raz kolejny przekonałem się, że z tobą nie można się nudzić.

– Tak, wiem, mam wybitny talent do pakowania się w kłopoty – przyznała Lodzia. – Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego zamknęłam cię w tym schowku na szczotki. To była stanowczo najgłupsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu.

Zatrzymali się na czerwonym świetle. Korzystając z chwili przerwy w prowadzeniu samochodu, bandzior odwrócił się mocniej w jej stronę i popatrzył na nią uważnie.

– To rzecz względna, kochanie – powiedział ze swym zawadiackim półuśmieszkiem. – Ja też zrobiłem tego dnia kilka głupstw, które mogły się dla mnie bardzo źle skończyć. Ale nie żałuję ich. Warto było nawet dać się pobić, skoro za to mogłem trafić w twoje ręce…

Ostatnie słowa zostały wypowiedziane niskim, miękkim tonem, który w niewytłumaczalny sposób przeszył Lodzię aż do kości. Poruszyła się niespokojnie na siedzeniu.

„Znowu sobie pozwala, bandzior jeden!” – pomyślała z urazą. – „Jak on się do mnie zwraca! Powinnam go postawić do pionu, i to jak najszybciej, zanim się rozbestwi… Ale jakiż on ma zniewalający głos! Oj, uważaj, Lodziu, jesteś na cienkiej linie nad przepaścią…”

– Jedź, Pablo, masz zielone – powiedziała wymijająco, widząc, że właśnie zmieniło się światło.

Samochód ruszył płynnie ze skrzyżowania. Dojeżdżali już do centrum.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział V (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz