Lodzia Makówkówna – Rozdział V (cz. 4)

Zeszli z ostatnich stopni schodów i ruszyli w stronę drzwi, które bandzior szarmancko otworzył przed nią i przytrzymał. Po chwili znaleźli się na chodniku. Prószył lekki śnieżek, robiło się coraz zimniej. Oboje odruchowo założyli czapki i przeszli kilkanaście kroków w milczeniu.

– Ale zaraz – zatrzymała się nagle Lodzia, przybierając znów pełną godności minę. – Zapomniałam. Ja nie wsiadam do samochodu z nieznajomymi.

Bandzior roześmiał się i pokręcił głową.

– Z nieznajomymi może nie, ale ze mną to chyba co innego? Mamy za sobą tyle wspólnych przygód, że chyba można uznać, że się znamy? Proszę pamiętać, że przez panią prawie jęczałem w więziennym lochu…

– Nieprawda! – zawołała, rzucając mu oburzone spojrzenie. – Od razu pana wypuścili, myśli pan, że nie wiem?!

– No dobrze! – zaśmiał się pojednawczo, ruszając znów chodnikiem i wskazując jej uprzejmym gestem drogę. – Fakt, w areszcie byli dla mnie bardzo mili, dostałem nawet całkiem niezłą kawę… Ale czy pani wie, jakie to jest uczucie zostać zatrzymanym przez policję?

Lodzia spojrzała na niego z niepokojem, znów odezwało się w niej poczucie winy. Co prawda wydawał się żartować, ale to wcale nie umniejszało jej zbrodni. Poza tym myśl o jeszcze kilku, a może kilkunastu minutach w jego towarzystwie nie była jej wcale niemiła… Czy jednak będzie bezpieczna, pozwalając odwieźć się samochodem nieznajomemu bandziorowi? Bandziorowi, który patrzył na nią takim wzrokiem? Z drugiej strony czegóż miała się bać? Przecież on już raz spędził dobry kwadrans zamknięty z nią sam na sam w ciemnym pokoju i zachował się bez zarzutu…

Szła przez chwilę obok niego w milczeniu, pozwalając prowadzić się w kierunku przystanku, który niebawem minęli. Bandzior zerknął na nią z uwagą, jakby z wyrazu jej twarzy próbował odczytać kotłujące się jej w głowie myśli. Twarz dziewczyny wyrażała wahanie. Spojrzała na niego niepewnym wzrokiem.

– Proszę zauważyć, że minęliśmy już przystanek – uśmiechnął się czarująco. – A na taksówkę musiałaby pani trochę poczekać. Chyba już nie warto, jesteśmy prawie przy samochodzie…

Zwolniła kroku w zawahaniu. Czy miała skorzystać z jego propozycji? Musiała szybko podjąć decyzję. Nagle w jej głowie zabrzmiały odległym echem słowa komisarza Leśniewskiego. Sprawdziliśmy go bardzo dokładnie, pani LeokadioTo człowiek w pełni wiarygodny… prokurator poręczył za niego osobiście… Podniosła głowę zdecydowanym ruchem.

– W porządku, niech mnie pan odwiezie – zgodziła się z determinacją. – Jeśli to naprawdę nie sprawi panu kłopotu… Mam diabelnie mało czasu i jestem skazana wyłącznie na siebie, mój prawie-narzeczony dziś rano skręcił nogę.

Bandzior zatrzymał się jak wryty na środku chodnika i popatrzył na nią zaskoczony.

– Prawie-narzeczony? – powtórzył powoli.

Przez jego wesołą dotąd twarz przebiegł lekki cień.

– Aha – uśmiechnęła się swobodnie Lodzia, olśniona nagłą myślą.

Skoro Karol miał jej służyć za parawan przeciwko Grzelowi, schroni się za nim również przed bandziorem! Tym bardziej, że w tym nie było nawet kłamstwa, oficjalna pozycja Karola w jej rodzinie dopuszczała taką drobną nadinterpretację…

– Mieliśmy razem podjechać samochodem do szkoły z tym makowcem – wyjaśniła spokojnym, rzeczowym tonem. – Ale on akurat skręcił rano nogę i musiałam wziąć taryfę. Straszny pech, oczywiście dla niego, bo o mnie mniejsza w tej przykrej sytuacji.

– Rzeczywiście pech – przyznał bandzior, wprowadzając ją na niewielki parking ukryty w podwórzu między dwiema kamienicami.

Parkingowy kiwnął do niego ręką jak do starego znajomego. Bandzior odwzajemnił pozdrowienie, sięgnął do kieszeni po kluczyki i odblokował czarnego volkswagena golfa stojącego tuż przy wyjeździe, po czym otworzył przed Lodzią drzwi z prawej strony. Przypomniała sobie ten sam gest wykonywany przez Karola – bandzior był równie grzeczny, a przy tym o wiele swobodniejszy.

„Stary wyjadacz” – pomyślała, ściągając czapkę i kładąc ją sobie równo na kolanach.

W samochodzie było ciepło i przytulnie, tak jakby ktoś niedawno z niego wysiadł. Bandzior również zdjął czapkę, rzucił ją nonszalanckim gestem na półkę, w milczeniu odpalił silnik i sięgnął w stronę grającego cicho radia, aby je wyłączyć.

– Nie, niech pan zostawi! – zaprotestowała Lodzia, odruchowo wyciągając rękę.

Ich dłonie musnęły się przelotnie, prawie niewyczuwalnie. Bandzior spojrzał na nią uważnie. Gdzieś na dnie jego oczu zabłysł ognisty płomień, jak w ślepiach szykującego się do skoku tygrysa… jednak natychmiast zgasł.

– Dobrze, zostawimy – skinął uprzejmie głową. – Ja też lubię muzykę.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział V (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz