Lodzia Makówkówna – Rozdział V (cz. 7)

Decyzja, którą ważyła w duszy, krystalizowała się, musiała tylko dobrze to rozegrać. Spojrzała na niego z zawahaniem.

– Zdecydowała już pani o moim losie, pani Leokadio? – zapytał wesoło bandzior.

– Niech pan założy czapkę – odparła wymijająco, by zyskać na czasie. – Zimno jest, chce się pan przeziębić?

Bandzior parsknął śmiechem, pokręcił głową, oderwał ramię od samochodu, otworzył drzwi pasażera, by zanurkować po leżącą na półce czapkę, po czym zatrzasnął je i ostentacyjnym gestem naciągnął czapkę aż na oczy. Trwało to dosłownie kilka sekund.

– Zgodnie z rozkazem – powiedział, kłaniając jej się zamaszyście.

Lodzia roześmiała się, przez chwilę oboje patrzyli na siebie wesoło. Ta drobna scenka przeważyła szalę wahania w duszy dziewczyny i trudna decyzja została podjęta. Podniosła głowę i spojrzała na bandziora z miną człowieka, który właśnie postanowił rzucić się brawurowo na głęboką wodę. Znieruchomiał i spoważniał na ten gest.

– Niech mi pan coś powie… – zaczęła powoli.

– Co tylko pani chce.

– Co pan robi dziś wieczorem?

W oczach bandziora odmalowało się zaskoczenie, ale już po chwili pojawiły się w nich znajome, wesołe błyski.

– Nic szczególnego – odparł swobodnie. – Nie mam konkretnych planów.

– W takim razie będziemy mogli to wykorzystać.

Bandzior nie odrywał od niej coraz bardziej rozbawionego wzroku.

– Bardzo proszę – odparł z uśmiechem. – Co prawda znając panią już co nieco, powinienem się panicznie bać, bo wykonywanie pani rozkazów grozi śmiercią lub kalectwem, a w najlepszym razie pozbawieniem wolności… Ale zaryzykuję. O co chodzi? Mam pewnie znów posłużyć za tragarza i kierowcę?

Pokręciła głową, zbierając się na odwagę.

– Nie – odparła z duszą na ramieniu. – Ale mam pomysł, jak rozwiązać sprawę tej naszej rozmowy. Czy poszedłby pan dzisiaj ze mną… na studniówkę?

Bandzior drgnął, spoważniał natychmiast i wyprostował się.

– Ach! – szepnął zaskoczony.

– Oczywiście najzupełniej niezobowiązująco – zaznaczyła wymownie.

– Oczywiście – skinął głową z powagą. – Miałbym zastąpić prawie-narzeczonego?

W jego oczach pojawił się znów uśmiech, ale jakiś inny… takiego jeszcze u niego nie widziała. Musiała jasno postawić sprawę, żeby nie było nieporozumień.

– Nie do końca – odparła spokojnym tonem. – Jego nie da się zastąpić.

– No tak, racja – zgodził się natychmiast. – To oczywiste. Ale jeśli chodzi o studniówkę… Bardzo chętnie. Na studniówce nie byłem już z kilkanaście lat.

„Ty stary koniu” – pomyślała kpiąco Lodzia. – „Nie myśl sobie, rozczaruję cię.”

– Tak, kiedy pan to opowie swoim kumplom w Anabelli, pewnie popękają ze śmiechu – powiedziała spokojnie. – Zrobi pan furorę w towarzystwie. Ale niech mnie pan posłucha. To jest układ. Niech pan sobie nie wyobraża za dużo. Mam moralny dług wobec pana po tym, jak wkopałam pana bezmyślnie w bagno z tą policją. Pan chce koniecznie ze mną o tym porozmawiać, a ja rozumiem to i zgadzam się, bo rzeczywiście mamy trochę spraw do wyjaśnienia. Dziś wieczorem będzie na to czas. I powiem wprost. Wolę załatwić to na mojej własnej studniówce niż na jakichś… łyżwach.

Bandzior parsknął śmiechem.

– Może się pan śmiać – odparła wyniośle. – Ale ja pana nie znam. Studniówka trafia się akurat w sam raz. Nie ukrywam też, że przyda mi się dziś ktoś z samochodem.

– Wiedziałem! – wtrącił rozbawiony.

– Tak, przecież mówię to jasno. Mam trochę rzeczy do zabrania. Ale, jak mówiłam, to jest układ i nic więcej. Ja zapraszam pana na studniówkę w zastępstwie mojego kontuzjowanego towarzysza, bawimy się razem, wyjaśniamy, co trzeba, ale potem już się rozstajemy. Niezobowiązująco. Żadnych podwózek, numerów telefonów, kaw, frytek, łyżew, kręgli i skoków na bungee. Wracamy do stanu tabula rasa*. Rozumie pan. Jeden wieczór i jesteśmy kwita. Wchodzi pan w to?

Bandzior spoważniał, nie odrywając od niej uważnego wzroku.

– Rozumiem – powiedział powoli. – Mam być jednorazowym produktem zastępczym. To nie najlepszy punkt wyjścia, ale… dobrze, Lea. Wchodzę w to.

Lodzia zadrżała pod jego spojrzeniem. W oczach znów mignął mu przez moment ten sam drapieżny płomień, który widziała w samochodzie i który wyglądał dość niepokojąco. Ogarnęła ją wątpliwość, czy na pewno dobrze robi. Jednak było już za późno.

– Okej – szepnęła.

– O której po ciebie podjechać? – zapytał bandzior pogodnym, rzeczowym tonem.

Lodzia drgnęła.

– Nie zauważyłam, że przeszliśmy na ty – stwierdziła uprzejmie.

W jej głosie zabrzmiał ton, jakim niewątpliwie musiały odzywać się dystyngowane panny Makówkówny, gdy ktoś w ich towarzystwie za dużo sobie pozwalał.

– To nieuniknione – odpowiedział spokojnie. – Nie sądzisz, że dziwnie będzie wyglądało na tej studniówce, jeśli będziemy się do siebie zwracać per pan-pani?

– Racja – przyznała w olśnieniu, doceniając wagę tego oczywistego argumentu. – Ale jest pan… jesteś… ode mnie tyle starszy, że jakoś mi głupio.

– Niepotrzebnie – uśmiechnął się. – Wiek metrykalny nie ma tu znaczenia.

– Myślę, że jednak ma – odparła z przekąsem.

Bandzior patrzył na nią rozbawiony, ani na chwilę nie odrywając od niej oczu.

– Dobrze – kiwnął głową. – Więc oszacujmy mniej więcej, ile wynosi twoja tolerancja.

– No, nie wiem – zastanowiła się, spoglądając na niego złośliwie. – Ogólnie i tak jest pan… jesteś poza wszelką tolerancją. Ale na studniówce to tak, powiedzmy, dziesięć do piętnastu lat różnicy da się jakoś przeżyć.

Bandzior znów parsknął śmiechem.

– Czyli nie jest źle – powiedział wesoło. – Mam trzydzieści dwa, więc wychodzi trzynaście, jeśli dobrze liczę. Mieszczę się pod górną poprzeczką tolerancji. Zresztą obiecuję zrobić wszystko, żeby się dostosować, nie straciłem jeszcze tak całkiem kontaktu z młodym pokoleniem.

Lodzia na próżno usiłowała ogarnąć umysłem tę dyskwalifikującą różnicę wieku. Trzynaście lat! To było tylko o sześć mniej niż jej istnienie na tym świecie! Przepaść niemal pokolenia… Ale z drugiej strony czy to miało znaczenie, gdy chodziło tylko o jeden wieczór?

– No dobrze – powiedziała powoli. – To rzeczywiście nieważne. Tak czy inaczej nie mogę dać ci gwarancji, że będziesz się dobrze bawił w dużo młodszym od siebie towarzystwie. Zastanów się… możesz się jeszcze wycofać.

W oczach bandziora zapaliło się łagodne światło.

– Co za pomysł, Lea – uśmiechnął się. – Wbrew pozorom nie jestem aż takim idiotą.

Jego spojrzenie sprawiło, że po karku Lodzi przebiegł delikatny, ciepły dreszcz… Musiała za wszelką cenę zachować zimną krew. Wydęła lekko wargi i obrzuciła krytycznym spojrzeniem jego strój.

– W porządku. Umowa stoi. Tylko na wieczór musisz się jakoś… ogarnąć.

– Jasna sprawa! – roześmiał się. – Może wyglądam na tępaka, ale domyśliłem się, że obowiązuje strój wieczorowy. Coś wykombinuję, nie martw się, Lea. Ale jeszcze jedno… Nie zapytasz mnie, jak mam na imię? Zdaje się, że nie miałem dotąd przyjemności ci się przedstawić.

To była prawda. Lodzia przyznała z niejakim zaskoczeniem, że do tej pory w ogóle nie zastanawiała się, jak też bandzior może się nazywać. Nie obchodziło jej to, był bandziorem i tyle. Miał jednak rację, skoro szli razem na studniówkę, wypadałoby wiedzieć przynajmniej, jak miała się do niego zwracać. Znów niespodziewanie poczuła mocniejsze uderzenie serca. Spojrzała na niego wyczekująco.

– Nazywam się Paweł Lewicki – przedstawił jej się z uprzejmym ukłonem. – Ale przyjaciele i znajomi mówią na mnie Pablo. Tak się jakoś utarło i tak się przyzwyczaiłem, więc i ty możesz tak się do mnie zwracać.

– Aha, dobrze! – zgodziła się z uśmiechem. – Bardzo fajna ksywka. Pablo… Brzmi światowo, a do tego egzotycznie. I pasuje do pa… do ciebie.

Rzeczywiście, to hiszpańsko brzmiące przezwisko świetnie współgrało z jego południowym typem urody. Lekko śniada cera, ciemne oczy i włosy, a do tego ten uśmiech… Nawet kiedy nie uśmiechał się ustami, śmiały mu się oczy.

– Wszyscy tak na mnie mówią – odparł wesoło. – Ktoś mnie tak kiedyś nazwał, milion lat temu, chwyciło natychmiast i tak już zostało. Więc o której mam po ciebie podjechać?

Lodzia zastanowiła się. Umawiać się zbyt wcześnie nie miało sensu, ale zbyt późno też nie byłoby wskazane. Nie chciała dawać bandziorowi numeru telefonu, więc gdyby z jakichś powodów jednak po nią nie przyjechał, dobrze byłoby mieć chociaż minimalny margines czasowy na dojechanie do szkoły taksówką.

– Siedemnasta trzydzieści – odparła rzeczowo. – Tu, w tym samym miejscu.

Bandzior przyglądał jej się jeszcze przez chwilę, a w jego oczach igrały świetliste ogniki.

– Tak jest – skinął głową z powagą. – Będę punktualnie.

__________________________________________________________________________

* tabula rasa (łac. niezapisana tablica) – pierwotny stan umysłu przed wszelkim doświadczeniem, czysta karta.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział V (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz