Lodzia Makówkówna – Rozdział VI (cz. 7)

Przedstawienie było krótkie i treściwe, więc skończyło się niebawem, aktorzy pobiegli przebrać się w balowe kreacje, a kilkanaście osób z obsługi zabrało się za wynoszenie krzeseł. Na ustach balowiczów zagościło teraz tylko jedno słowo: polonez.

– Ustawiamy się już chyba do poloneza – zauważyła Julka. – Chodźcie szybko na korytarz, mamy przecież wchodzić z zewnątrz.

Na te słowa Lodzia doznała nagłego uderzenia gromu i omal nie złapała się dramatycznym gestem za głowę. Polonez! A potem walc!

„Cholera jasna!” – pomyślała z zażenowaniem, wychodząc wraz ze wszystkimi na korytarz. – „Że też mi to do głowy nie przyszło… Zapomniałam o polonezie! Przecież on pewnie tego nie zatańczy, bo niby jak? Zabrałam go na studniówkę praktycznie prosto z ulicy… A pytał mnie lojalnie o te obowiązki, szlag by to trafił, nie uprzedziłam go!”

– Zapraszamy do poloneza! – nawoływał tymczasem przez mikrofon nauczyciel odpowiedzialny za układ tańca inicjującego bal. – Ustawiamy się, moi drodzy, szybciej, szybciej!

Pary ustawiały się posłusznie przy wejściu do sali. Spłoszona nieco Lodzia spojrzała z niepokojem na Pabla, który uśmiechnął się i uprzejmie wyciągnął do niej dłoń.

– Tańczymy poloneza? – zapytała niepewnie, lekko się cofając.

– A dlaczego nie? – zdziwił się. – Sądziłem, że moje obowiązki partnera studniówkowego obejmują również taniec, a poloneza tańczy się przecież na każdej studniówce. Przynajmniej tak było za czasów starych dziadów! – zaśmiał się, mrugając do niej wesoło.

– Ale tam są kroki… układy… – bąknęła zbita z tropu. – Dasz radę?

– Nie wiem – westchnął z udawanym dramatyzmem, nie spuszczając z niej ubawionego wzroku. – Ale obiecuję, że będę się bardzo starał, a dobre chęci to przecież już połowa sukcesu.

– No dobrze – szepnęła, zdecydowana bez protestu poddać się losowi.

„Chojrak się znalazł” – pomyślała, kiedy zajmowali miejsce w korowodzie par.

Pablo zerknął na nią rozbawiony i przybrał teatralną pozę sugerującą, że przez całe życie nie robił nic innego, tylko tańczył poloneza. Lodzia nie zdołała powstrzymać parsknięcia śmiechem na widok jego komicznie napuszonej miny. Podali sobie ręce. Elektryzujący dotyk jego ciepłej dłoni zmiótł nagle jak podmuch wiatru wszystkie wątpliwości i obawy…

„Ech, czy to ważne, jak zatańczy?” – przebiegło jej przez myśl. – „Karol tańczy znakomicie i co z tego? Zimny śledź, kamienny posąg… A ten jest jak burza! Pewnie będzie improwizował, a nie widać po nim ani cienia stresu. Jeszcze się wygłupia, stary koń!”

Korowód par stał nieruchomo w nienagannym szyku, szmery uciszyły się, wszyscy czekali na muzykę. Poczuła, że serce mocniej jej bije, udzieliło jej się ogólne wzruszenie, że oto nadeszła ta chwila, ten mityczny, długo wyczekiwany studniówkowy polonez. I ten ciepły, dziwnie ekscytujący dotyk jego dłoni… Zerknęła na niego, on spojrzał na nią. Zabrzmiały pierwsze takty muzyki, ruszyli majestatycznie do przodu.

Wystarczyło kilkanaście pierwszych kroków, by zrozumiała, że Pablo zna poloneza równie dobrze jak ona, a wystudiowany gest, jakim ją prowadzi, sposób, w jaki układa drugą dłoń za plecami oraz swoboda ruchów właściwa tylko wytrawnym tancerzom, sugerują, że chyba rzeczywiście tańczy to codziennie… Spojrzała na niego z mieszaniną zdziwienia i uznania, on zaś w odpowiedzi uśmiechnął się do niej przyjaźnie. Kiedy przeszli do układów na dwie, a potem cztery pary, po raz ostatni zatliła się w niej wątpliwość, zgasła jednak szybko, gdyż wykonywał wszystkie figury perfekcyjnie i wiódł ją po parkiecie z taką swobodą i pewnością siebie, jakby od roku ćwiczyli razem tego poloneza po pięć godzin dziennie.

„Więc ty tańczysz!” – pomyślała z sercem eksplodującym radością. – „Tańczysz, ty skubańcu…”

Muzyka skończyła się, zatrzymali się w końcowym ukłonie i układ rozsypał się po parkiecie w luźną konfigurację par. Lodzia popatrzyła na Pabla z podziwem.

– Niesłychane! – zawołała. – Ależ ty to zatańczyłeś!

Roześmiał się, ubawiony jej zdziwieniem.

– Starałem się, jak mogłem – powiedział wesoło. – Mówiłem przecież, że najważniejsze są dobre chęci. No, ale – dodał, poważniejąc – ty też znakomicie tańczysz, Lea… Musiałaś się gdzieś porządnie przeszkolić, to nie są ruchy nowicjuszki, która od miesiąca ćwiczy tych kilka kroków na studniówkę.

– No, rzeczywiście nie – przyznała, mile połechtana komplementem. – Chodzę od ponad roku na kurs tańca w ramach mojej edukacji przedmałżeńskiej.

– Ach, rozumiem – pokiwał głową. – Uznano, że młoda mężatka powinna umieć tańczyć, aby godnie towarzyszyć małżonkowi na wykwintnych rautach, przyjęciach i balach?

– Dokładnie tak! – roześmiała się. – Wymagane jest wszechstronne obycie towarzyskie.

– A prawie-narzeczony? – zainteresował się żywo. – On też tańczy?

– Oczywiście. Jest w tym perfekcyjny. Od listopada chodziliśmy razem do szkoły tańca, żeby zgrać się przed studniówką. Nie miał kiedy skręcić nogi…

Pablo spojrzał na nią uważnie, przez jego twarz przebiegł lekki cień.

„Coś mocno denerwuje go ten Karol” – pomyślała Lodzia, udając, że nie zauważyła tej przelotnej, chmurnej miny. – „Ciągle o niego dopytuje, pewnie wolałby mieć wolną rękę… Ale jak on tańczy, bandzior jeden! Przed nami walc. Jeśli zatańczy go ze mną tak świetnie jak poloneza, to wygrałam tę studniówkę! Lepiej nie psuć mu teraz humoru, trzeba go trochę obłaskawić…”

Podniosła na niego oczy i ostrożnie położyła dłoń na jego przedramieniu.

– Teraz będzie walc – powiedziała przymilnie, przechylając lekko głowę na bok. – Od roku marzyłam o tym, żeby go dobrze zatańczyć na studniówce… Nie zawiodę się, prawda?

Efekt tego niewinnie kokieteryjnego gestu był piorunujący. Oczy Pabla rozbłysły natychmiast łakomym blaskiem, a twarz rozjaśniła mu się znanym jej już zaczepnym półuśmiechem. Podniósł rękę do jej spoczywającej na jego przedramieniu dłoni i delikatnie nakrył ją swoją dłonią. Zadrżała w środku pod tym pieszczotliwym dotykiem.

– Jestem do twoich usług, maleńka – odparł niskim, aksamitnie miękkim głosem, który gwałtownie przyśpieszył bicie jej serca. – Dam z siebie wszystko. Ale… posłuchaj mnie. To będzie tylko kilka minut. Obiecaj mi coś.

– Co takiego? – zapytała, starając się ukryć szarpiące nią emocje.

– Obiecaj mi, że przez ten czas nie będziesz myśleć o nim – powiedział, a jego cichy głos przeszedł nagle w zmysłowy szept. – Obiecaj mi, że będziesz tylko moja…

W jego oczach zapłonął namiętny ogień. Lodzia poczuła znajomy, ciepły dreszcz przeszywający jej ciało… Cofnęła z zaniepokojeniem dłoń i odwróciła wzrok.

„Chyba przegięłam z tym obłaskawianiem” – przebiegło jej przez głowę. – „Jak on to umie robić, drań! Jakiż on ma ten głos… Muszę być naprawdę bardzo ostrożna, nie wolno mi go tak prowokować. Ale miałabym sobie darować tego walca? Za nic w świecie! To tylko kilka minut… jeden taniec… potem to jakoś odkręcę…”

– Obiecuję – odszepnęła z drżeniem, ostrożnie podnosząc na niego oczy.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział VI (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz