Lodzia Makówkówna – Rozdział VII (cz. 10)

Po odwiezieniu Julki zajechali pod jej dom przy Czeremchowej. Poprosiła Pabla, aby zatrzymał się kilka metrów wcześniej, bo choć prawdopodobieństwo, że ktokolwiek w domu o tej porze nie śpi, było niewielkie, czuła się bardziej komfortowo, nie będąc wystawiona na ewentualność czujnych spojrzeń zza firanek. Pablo zatrzymał samochód zgodnie z instrukcją, wyskoczył, by pomóc jej wysiąść, po czym wyjął jej rzeczy z bagażnika.

– Zaniosę ci to pod same drzwi, kochanie.

– Nie trzeba – pokręciła głową, wsuwając sobie pod pachę tacę po makowcu i zarzucając na ramię obie torby naraz. – Sam wiesz, że to nie jest ciężkie, tylko trochę niewygodne, da się ponieść kilka metrów… Aha, masz tu jeszcze swoje rękawiczki.

– Zostaw je sobie, bo zmarzniesz – odparł, mrugając do niej porozumiewawczo. – Oddasz mi je w czwartek u Majka.

– Nie, weź je już – zaprotestowała. – Nie powiedziałam wcale, że będę w czwartek.

– Nie powiedziałaś, ale mam taką nadzieję – uśmiechnął się słodko. – Przecież wiesz, że bez ciebie byłoby mi smutno.

Lodzia postanowiła trzymać się twardo.

– Pablo… – spojrzała na niego z wyrzutem. – Była umowa, prawda?

– Była – przyznał z powagą. – Ale przypomnij sobie dobrze. Umowa dotyczyła wyjścia ze mną na kawę, piwo, frytki, łyżwy, kręgle i bungee, podwózek samochodem i numeru telefonu. Wiem przecież, że numeru mi nie dasz, bo nie dajesz go nieznajomym, a ja jeszcze nie zasłużyłem na awans, więc nawet nie proszę. Podwieźć też cię nie będę mógł w czwartek, bo zwykle zostawiam samochód w domu, kiedy idę na piwo, będziecie musieli przyjechać sami. Z frytek, łyżew, kręgli i bungee rezygnuję dobrowolnie, piwa nie pijesz, a o kawie pogadamy ewentualnie innym razem. Poza tym nie było klauzuli wykluczającej spotkanie w większym gronie, więc nasza wczorajsza umowa będzie całkowicie dotrzymana.

Lodzia słuchała jego krętactw z rosnącym rozbawieniem.

– Ale z ciebie manipulator! – roześmiała się na koniec. – To tak prawnicy omijają prawo?

– Luki prawne to jedna z moich specjalności – odparł wesoło. – A ty znacząco ułatwiłaś mi zadanie, bo popełniłaś podstawowe błędy w konstrukcji umowy.

– Przecież mówiłam wyraźnie, że po studniówce ma być tabula rasa – przypomniała mu wymownie.

Pablo uśmiechnął się czarująco.

Tabula rasa oznacza nową szansę, Lea.

– Jesteś niemożliwy – pokręciła głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Ale tak czy inaczej dziękuję ci za tę studniówkę, bandziorku. Naprawdę. Bawiłam się cudownie.

– Ja też, gwiazdeczko. To ja dziękuję ci za zaproszenie. Ufam, że zdołałem choć trochę ocieplić swój wizerunek w twoich oczach. Bardzo mi na tym zależało po tym pokazie braku manier, jaki odstawiłem w listopadzie… No, ale czas już do domu, ten mróz jest nie do zniesienia. Będziesz w czwartek u Majka, prawda?

– Przecież wiesz, że nie powinnam – zauważyła lekko. – W mojej sytuacji mogłoby to wyglądać głupio i niezręcznie, nie uważasz?

– Dlaczego? – zapytał równie lekkim tonem. – Zapraszam przecież was wszystkich, całą trójkę. Gdyby ten twój Karol mógł chodzić, zaprosiłbym i jego.

– Serio? – spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Serio – uśmiechnął się. – Myślisz, że nie chciałbym poznać swojego głównego rywala?

– Bzdura – wzruszyła ramionami.

– Może i bzdura – odparł, a w jego oczach zapaliły się szelmowskie iskierki. – Dla mnie zupełnie nie ma znaczenia, kim on jest, ani co ma do zaoferowania.

Lodzia podniosła dumnie głowę i wydęła lekko wargi.

– Coś, co dla ciebie nie ma znaczenia, może je mieć dla mnie – zauważyła uprzejmie.

– Tak, wiem o tym, Lea – przyznał spokojnie. – Ale ty i tak nie wyjdziesz za Karola.

– O, a skąd to wiesz? – uśmiechnęła się kpiąco.

– Bo wyjdziesz za mnie.

Spojrzała na niego w osłupieniu.

– Co takiego? – wyszeptała zdumiona.

– To, co powiedziałem – uśmiechnął się swobodnie, a jego oczy błysnęły wesoło.

„Ach, ty piekielny blefiarzu!” – pomyślała nie bez uznania. – „Wiedziałam, że coś jeszcze dzisiaj wymyślisz, tylko nie wiedziałam co!”

Po pierwszej sekundzie, kiedy dała się zaskoczyć, otrząsnęła się i ogarnęło ją rozbawienie. Doceniła kolejny inteligentny pomysł bandziora, który idąc za ciosem, podpinał się w ten sposób pod jej matrymonialny blef z Karolem. Droczył się z nią znowu, korzystając z jej własnego oręża, i wyraźnie go to bawiło. Postanowiła nie dać mu satysfakcji.

– Ech, panie prawniku – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Niech pan nie uzurpuje sobie cudzych praw… Pańskie zastępstwo nie obejmuje tego punktu, zresztą właśnie się skończyło. A mezalianse nie wchodzą w grę, mama i babcia prędzej zamurowałyby mnie w wieży.

Pablo roześmiał się, przyglądając jej się z zafascynowaniem.

– Biegnij do domu, bo cała przemarzniesz, gwiazdeczko – odparł neutralnym tonem. – Mróz jak diabli, jeszcze się przeziębisz niepotrzebnie.

Poprowadził ją w stronę furtki jej domu, otworzył ją przed nią szeroko, skłonił się zamaszyście, kiedy przez nią przechodziła, i zamknął ją za nią szarmanckim gestem.

– Do czwartku, kochanie – rzucił jeszcze znacząco.

Po chwili usłyszała trzask drzwi samochodu i dźwięk uruchamianego silnika. Czarny volkswagen przejechał obok jej domu i nabierając prędkości, zniknął w głębi ulicy.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz