Lodzia Makówkówna – Rozdział VII (cz. 4)

Ich międzyplanetarny lot po parkiecie zwrócił uwagę wszystkich. Migały jej czasami przed oczami roześmiane, zwrócone na nich twarze, kciuki wzniesione do góry, dobiegały do jej uszu okrzyki i śmiechy kolegów. Ale to nie miało znaczenia. Zwariowany rock’n’roll w ramionach Pabla, który wprowadzał w obieg wszelkie możliwe figury, łącznie z najwymyślniejszymi powietrznymi piruetami, był dla niej kolejnym objawieniem mocy i energii tańca. Jeszcze nigdy nie miała okazji tańczyć z tak wprawnym i silnym partnerem, który nie tylko co chwila podrywał ją z parkietu i unosił w górę w wirującym szaleństwie, aż wpadała w podwieszone dekoracje sali, ale któremu przy tych karkołomnych wygibasach mogła również w pełni zaufać.

Tylko przy kilku pierwszych takich figurach zachłystnęła się powietrzem i przytrzymała go kurczowo, ale kiedy śmiejąc się, zapewnił ją, że nie ma się czego bać i że bandzior obiecuje mocno ją trzymać, skupiła się na tańcu, z każdą chwilą ufając mu coraz bardziej. Znów dawała mu się prowadzić, wyczuwając instynktownie jego intencje, szybki rytm oszałamiał ją i wprawiał w zachwyt, oboje prawie nie przestawali się śmiać.

Przetańczyli tak całą sekwencję klasycznych utworów w stylu rock’n’roll, które zapewne ktoś puścił cięgiem z jednej płyty, i kiedy muzyka ucichła na dłużej, stanęli naprzeciw siebie zdyszani i roześmiani, zbombardowani pełnymi uznania okrzykami innych par.

– Ale daliście do pieca! – zawołała Amelia. – Lodziu, nie wiedziałam, że ty tak potrafisz!

– To nie ja! – zaśmiała się Lodzia, wskazując na Pabla. – To ten wariat!

– Ognisty rock’n’roll – pokiwała głową Magda uwieszona na ramieniu swojego Miśka. – Aż iskry szły, nie, Misiek? No, Lodziu – dodała konspiracyjnym szeptem, pochylając się do ucha koleżanki. – Powiem ci, że niezły ten twój towar z wypożyczalni. Stary, bo stary, ale za to gorący jak gejzer!

Lodzia spojrzała na nią z zaczepnym uśmiechem.

– Dacie nieźle czadu na weselu – rzuciła z uznaniem Martyna. – Jak strzelicie takiego rock’n’rolla, to gościom gały wyjdą.

Julka spojrzała na Lodzię, tłumiąc śmiech. Większość klasy nie miała pojęcia, że nastąpiła podmiana partnerów, a ponieważ prawie nikt już nie pamiętał szczegółów z listopadowej akcji informacyjnej, od początku studniówki brali domyślnie Pabla za jej słynnego narzeczonego. Lodzia uśmiechnęła się tylko i machnęła lekceważąco ręką.

– No dobra, chodźcie odpocząć, bo zaraz mi nogi odpadną – powiedziała Amelia. – Trzeba by się czegoś napić.

Pablo tymczasem odpiął sobie guziki przy mankietach i podwijał pracowicie rękawy, zerkając na Lodzię z uśmiechem.

– Chcesz odpocząć, maleńka? – zapytał.

– Ani mi się śni! – odparła bojowym tonem. – Tańczymy dalej. Chyba że ty masz już dość.

– Ja? – zaśmiał się. – To była dopiero rozgrzewka. Czekamy na muzykę i szalejemy dalej. Swoją drogą widzę, że twoi koledzy z klasy wcale nie uważają mnie za produkt zastępczy – dodał, puszczając do niej oko.

– To tylko drobne nieporozumienie – uśmiechnęła się Lodzia. – Nie zdążyłam im wszystkim powiedzieć, że była awaryjna zamiana, a Karola jeszcze nie znają, mieli go zobaczyć pierwszy raz dopiero dzisiaj. Wyszło zabawne qui pro quo*. Ale to nic, nie przejmuj się, wyjaśnię im to przy najbliższej okazji.

– Nie musisz nic wyjaśniać, skarbie – odparł wesoło. – Jeśli tobie nie przeszkadza to drobne nieporozumienie, to mnie tym bardziej.

Znów zabrzmiała muzyka. Tym razem z głośników popłynęły takty wolniejszej piosenki, szlagierowego utworu Elvisa Presleya Can’t help falling in love. Światła przygasły, skuszone piękną muzyką pary chętnie wracały na parkiet. Lodzia i Pablo stanęli między nimi, spojrzeli na siebie z uśmiechem i przybrali pozycję do tańca. Zadrżała, kiedy objął ją wpół tym samym władczym gestem co przy walcu, po czym sama położyła dłoń na jego ramieniu i ruszyli po parkiecie lekkim krokiem, dostosowując tempo do spokojnego rytmu muzyki.

W ciągu zaledwie kilku chwil ogarnęła ją magia tej kolejnej formy tańca, łagodnie pulsującej muzyki, pięknego głosu wokalisty, przygaszonych świateł na półmrocznej sali, a przede wszystkim magia bliskości tego mężczyzny, o którym nie wiedziała nic, a z którym tańczyła dziś, jakby znali się od stworzenia świata. I znów poczuła ten sam spokój i harmonię co przy walcu, znów ogarnęło ją przemożne uczucie, że tak jest dobrze, że tak być powinno, że wszystko znajduje się na swoim miejscu…

– Piękny utwór, prawda? – zagadnął Pablo.

– O tak – kiwnęła głową. – W sam raz na odpoczynek po tym zwariowanym rock’n’rollu.

– Podobało ci się? – zapytał z uśmiechem.

– Bardzo mi się podobało. Jeszcze nigdy się tak nie wytańczyłam!

– Będziemy tak tańczyć jeszcze wiele razy, gwiazdeczko – powiedział łagodnie.

– Tak, przed nami jeszcze kilka godzin – uśmiechnęła się, czując dziwne ciepło w sercu.

Już drugi raz nazwał ją tak uroczo… gwiazdeczką. To było zupełnie co innego niż ten bezczelny kociak! O to jakoś nie czuła do niego urazy…

– Nie, Lea – odparł Pablo, zniżając głos. – Przed nami jeszcze całe życie.

Zdziwiona tymi słowami, wypowiedzianymi niskim, ciepłym tonem, podniosła odruchowo głowę i napotkała spojrzenie ciemnych oczu, znów pełnych tego światła, które widziała w nich w trakcie walca. Serce zabiło jej mocniej, odwróciła szybko wzrok, nie wiedząc, co odpowiedzieć. On też zamilkł i prowadził ją po parkiecie w rytm spokojnej muzyki, w półmroku, wśród przytulonych par. Znów ogarnęło ją zdumienie, że jest tu z nim, z tym samym bandziorem, którego oczy prześladowały ją od listopada, że to niemal niemożliwe, jakieś nie z tej ziemi. Był obok niej, tak blisko, tańczyła w jego ramionach… a może to był tylko sen? Ten sen, w którym była taka szczęśliwa… z nim!

Muzyka kołysała ją, usypiała jej czujność, przyjemnie przytępiała zmysły. Stopniowo ogarnęła ją łagodna, niezaznana nigdy dotąd słodycz, która popłynęła w jej żyłach jak narkotyk. Zatraciwszy się w magicznej atmosferze tańca, złożyła swą oszołomioną wrażeniami głowę na piersi bandziora, wyczuwając jego ciepło przez białą koszulę, wilgotną jeszcze od potu po rock’n’rollowym szaleństwie. Wychwyciła przez moment uchem miarowe bicie jego serca i zdało jej się, że jej własne zabiło nagle dokładnie tym samym rytmem… Jednocześnie czuła, jak Pablo delikatnie, ostrożnie, powoli, lecz z każdym taktem muzyki coraz szczelniej zamyka ją w swoich ramionach. Pochylił się mocniej ku niej i poczuła we włosach jego oddech, a następnie ciepły dotyk jego policzka na swej skroni. Podniósł rękę i delikatnie pogładził ją po włosach, przygarniając ją mocniej do siebie. Była bliska obłędu.

Wiedziała, że właśnie przekracza granicę, której nie powinna przekroczyć, że za chwilę spali za sobą kluczowy most, a droga, na którą wejdzie, zaprowadzi ją na manowce, z których nie da się już uciec bez szwanku. Wiedziała – i przez tych kilkanaście upojnych sekund nie umiała się bronić. Rozkosz, jaką sprawiały jej jego delikatne lecz stanowcze gesty, opłynęła ją jak ciepła bryza, oszołomiła ją i dziwnie rozleniwiła, paraliżując całkowicie siłę woli. Zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby teraz podniosła głowę i zrobiła jeden mały, przyzwalający ruch, napotkałaby natychmiast jego usta. Dotąd jeszcze nigdy z nikim się nie pocałowała, nie potrafiła więc nawet wyobrazić sobie tego uczucia, jednak nie miała wątpliwości, że z nim to byłby jakiś kosmiczny odlot, rejs w przestworza z biletem tylko w jedną stronę… Przez jej odurzoną koktajlem zmysłów głowę przebiegła myśl, że chyba jeszcze nigdy niczego nie pragnęła bardziej niż tego pocałunku… ale przecież nie mogła tego zrobić, pod żadnym pozorem!

„Nie, Lodziu” – pomyślała słabo. – „Stop, wariatko, nawet o tym nie myśl! To pułapka, przecież ten stary wyga tylko na to czeka!”

Na pomoc w opanowaniu tego szaleńczego, niezrozumiałego dla niej samej pragnienia przyszło jej wspomnienie Karola, parawanu, który sama ustawiła, by chować się za nim w chwilach słabości. Pomyślała, że nie może dać się tak omotać facetowi, któremu bez przerwy mówi o Karolu – jak by to wyglądało? Stanie się przez to niewiarygodna, cały jej dotychczasowy wysiłek pójdzie na marne, zrobi z siebie tylko idiotkę, która pod nieobecność narzeczonego całuje się i obściskuje z pierwszym lepszym obcym facetem. I to w dodatku z jakimś starym, etatowym podrywaczem! Ona, Lodzia Makówkówna, panna z konserwatywnego domu z żelaznymi zasadami! To było nie do pomyślenia!

A co będzie dalej? Za kilka godzin czar pryśnie, trzeba się będzie dyplomatycznie rozstać z bandziorem, nie powinna tego tak głupio komplikować. Już i tak za mocno się do niego przytuliła, niepotrzebnie pozwoliła mu już na zbyt wiele! Powinna mu jasno przypomnieć, że tylko na ten jeden wieczór zajął czyjeś miejsce, pokazać mu jednoznacznie, że ta jej słabość, której właśnie dała niebezpieczny dowód, wzięła się wyłącznie z magii tańca… Tak, należało to przerwać, teraz, natychmiast, jeszcze nie było na to za późno, minęło przecież dopiero kilkadziesiąt sekund…

Skupiła w sobie wszystkie resztki silnej woli, zesztywniała mu w ramionach i desperackim, twardym gestem odsunęła się od niego, rzucając mu krótkie, dumne spojrzenie. Natychmiast zluźnił uścisk ramion i cofnął głowę, wrócili do neutralnej pozycji.

– Przepraszam – szepnął.

_______________________________________________________________________

* qui pro quo (łac. „ten zamiast tamtego, jeden za drugiego”) – zabawne nieporozumienie wynikające z wzięcia kogoś za inną osobę.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział VII (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz