Lodzia Makówkówna – Rozdział VII (cz. 7)

– Lodziu, Pablo, to co, możemy zabrać się z wami? – zapytał Szymon, taszcząc ofiarnie toboły Julki, które ta wyniosła z przebieralni i wręczyła mu ze słodkim uśmiechem.

– Jasne, tak się przecież umawialiśmy – odparł Pablo, zarzucając sobie na ramię torbę z butami i kosmetykami Lodzi. – Mówicie tylko, dokąd jedziemy, a ja was rozwożę pod same drzwi. Już prawie czwarta, zimno tam pewnie jak diabli.

– Dzięki – rzucił Szymon. – Jak tam, dziewczyny, niczego nie zapomniałyście?

– Ja zapomniałam! – wykrzyknęła Lodzia, łapiąc się za głowę. – Taca po makowcu! Muszę ją koniecznie znaleźć, ciocia mnie udusi, jak jej nie przyniosę… Wy już lećcie do samochodu, ja do was dojdę, wiem, gdzie zaparkowałeś – powiedziała do Pabla, który skinął na to lekko głową.

Studniówka zakończyła się, muzyka umilkła, na korytarzach słychać było pokrzykiwania opuszczających budynek balowiczów i krzątaninę sprzątających pań. Lodzia pobiegła szukać tacy, co ze względu na panujący chaos okazało się zadaniem trudnym i czasochłonnym. Po kwadransie wysiłków zguba się znalazła. Zbiegając ze schodów na parter, dziewczyna zauważyła z zaskoczeniem, że Pablo wrócił po nią i czekał pod szatnią.

„Co by o nim nie powiedzieć, zachować się potrafi” – pomyślała, zwalniając nieco kroku na ostatnich stopniach. – „Ale mniejsza o to, teraz przede mną trudne zadanie. Odwiezie nas do domu i będę musiała pożegnać go w jednoznaczny sposób. Trzeba bardzo uważać, nie wiadomo, co ten drab jeszcze wymyśli… To ostry zawodnik kuty na cztery kopyta!”

Podeszła do niego z uśmiechem.

– Wróciłeś po mnie? – zapytała retorycznie.

– To przecież oczywiste – odparł, przejmując od niej tacę. – Zostawiłem młodych w samochodzie, włączyłem im ogrzewanie i dałem im wolną rękę, a sam wróciłem po mój skarb.

Odwróciła ze zmieszaniem oczy i sięgnęła po swoje rzeczy, które właśnie podawała jej zmęczona, na wpół zaspana szatniarka. Pablo odłożył tacę na stojącą przy szatni ławkę, pomógł jej założyć płaszcz i nie odrywając od niej oczu, w których igrały ciepłe iskierki, poczekał, aż włoży sobie na głowę i zapnie ocieplany kaptur.

– Załóż też rękawiczki – poradził jej. – Zimno tam okrutnie, chyba z piętnaście na minusie.

Lodzia sięgnęła do kieszeni płaszcza, z zaskoczeniem przeszukała torebkę.

– No, niestety, szlag by to trafił… Chyba zgubiłam gdzieś te cholerne rękawiczki.

– Zakładaj moje – powiedział stanowczo, wyciągając z kieszeni męskie, skórzane rękawiczki i wręczając je Lodzi, która spojrzała na niego z wahaniem. – Nie patrz tak, gwiazdeczko, zakładaj, nie puszczę takiej małej dziewczynki na mróz bez rękawiczek.

– A ty? – zaniepokoiła się.

– O mnie się nie martw, faceci mają skórę jak hipopotam – zapewnił ją wesoło.

Posłusznie założyła za duże na nią o kilka numerów rękawiczki i oboje parsknęli śmiechem, widząc zabawny efekt tej operacji. Wyszli ze szkoły na mróz i szybkim krokiem ruszyli w stronę parkingu po skrzypiącym śniegu.

– Nawet nie wiedziałam, że tu jest parking – zagadnęła Lodzia, uznając, że dobrze będzie podjąć jakiś neutralny temat. – Z ulicy nic nie widać, a przecież często tędy przechodzimy z Julą.

– Tak, parking jest kameralny i dosyć ciasny – odparł rzeczowo Pablo. – Ale ma tę zaletę, że jest najbliższy w okolicy. W śródmieściu ciężko o miejsca, te nasze wynajmujemy już od ładnych paru lat i codziennie się przydają. Czasami mamy taki kocioł w pracy, że każda minuta jest cenna, nie tracimy przynajmniej czasu na dojście do samochodu.

– To samochód też jest wam potrzebny w pracy? – zdziwiła się Lodzia. – Myślałam, że siedzicie całymi dniami nad papierami.

– Zdarza się i tak – przyznał. – Ale często wypadają nam dniówki hybrydowe, kiedy trzeba podziałać i na zewnętrznym froncie, nie wszędzie da się podejść na piechotę, a dojazd zawsze trochę zajmuje. Lokalizacja w śródmieściu ma wiele zalet, ale nie jest wolna od wad. Choćby to zatłoczenie… Jeśli wracasz ze szkoły autobusami, to sama wiesz, że w godzinach szczytu szpilki nie da się tam wetknąć.

– Tak, to prawda – westchnęła. – Tłumy zawsze takie, że w autobusie nie mamy z Julą nawet czego się przytrzymać. Dopiero koło szpitala na Kraśnickiej trochę się rozluźnia.

Szli szybkim krokiem, dzięki czemu niebawem dotarli do parkingu. Czarny volkswagen stał samotnie z boku niewielkiego placu, na tylnym siedzeniu czekali na nich Szymon z Julką. Pablo wrzucił tacę po makowcu do mocno już wypełnionego bagażnika i widząc, że Lodzia zdążyła sama wsiąść z prawej strony, wskoczył za kierownicę. Ruszyli pustymi, ośnieżonymi ulicami, które oświetlało pomarańczowe światło sodowych latarni.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział VII (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz