Lodzia Makówkówna – Rozdział VIII (cz. 3)

Na czwartkowy wieczór Lodzia ubrała się jak najzwyczajniej – w rozpinaną, niebieską bluzkę i ciemnogranatowe dżinsy. Włosów wyjątkowo nie splotła, a jedynie zwinęła je w luźny węzeł na karku i podpięła wsuwkami, uznając, że czas skończyć wreszcie z tymi dziecinnymi warkoczami. Mimo że wmawiała sobie, iż jest wściekła na kolejną szatańską intrygę bandziora, niewdzięczne lustro nie chciało dostosować się do tej teorii i pokazało promienną twarz i lśniące oczy podekscytowanej, uszczęśliwionej dziewczyny.

„Oj, Lodziu, niedobrze z tobą” – pomyślała krytycznie. – „Lecisz jak ćma do ognia… Co prawda idziesz tam dzisiaj pod szantażem, ale nie oszukujmy się. Prawda jest taka, że chcesz go zobaczyć. I to bardzo chcesz…”

Kiedy schodzili z Julką i Szymonem po kamiennych, mocno zatłoczonych schodkach do klubo-restauracji Anabella, serce biło jej tak mocno, że aż obawiała się, czy inni tego nie słyszą. Przypomniała sobie, jak niedawno schodziła tędy z Karolem w wesołym towarzystwie jego kolegów ze studiów, zaciekawiona nowym miejscem, nastawiona na miłe spędzenie wieczoru – ale nic poza tym. Dziś szła jak zaczarowana, cała drżąca i z bijącym sercem. Wiedziała, że za wszelką cenę musi przed wszystkimi ukryć te niepokojące symptomy, jednak nie mogła ich przecież ukrywać przed samą sobą… A były niestety aż nadto jednoznaczne.

Weszli na znajomą salę, gdzie zebrało się już sporo osób, uwagę zwracała zwłaszcza duża grupa rozkrzyczanych studentów, którzy zajmowali kilka stolików w centrum. Jednak spojrzenie Lodzi zupełnie ich zignorowało, biegnąc natychmiast w stronę stolika ustawionego blisko baru, gdzie rozmawiało spokojnie znacznie starsze towarzystwo.

Zauważyła go natychmiast – tę sylwetkę rozpoznałaby na końcu świata wśród miliardów innych. Obserwowała go ukradkiem, zdejmując płaszcz i wieszając go mechanicznie w miejscu, które wskazała jej Julka. Był dziś luźno ubrany w czarne dżinsy i jasnobeżową koszulę wypuszczoną luźno na wierzch; stał z ręką opartą o krzesło w towarzystwie Majka i jakiegoś innego kolegi, który coś im właśnie opowiadał, żywo gestykulując.

– O, tam jest Pablo – zauważył Szymon. – Chodźcie, dziewczyny.

Ruszyli przez salę. Ledwie zdążyli zrobić kilka kroków, Pablo podniósł głowę i zauważył ich pomimo tłumu. Oczy mu rozbłysły, przerwał rozmówcy gestem ręki i razem z Majkiem ruszył im na spotkanie.

– Hej, Pablo, więc to są ci twoi młodzi przyjaciele? – zawołał zdziwiony Majk, ściskając im ręce. – Przecież ja ich znam! Czekajcie, zaraz poprzypominam sobie wasze imiona…

– Próbuj! – skinął głową Pablo. – Nie będę ci podpowiadał.

Podał rękę Szymonowi i Julce, a na końcu Lodzi.

– Witaj, gwiazdeczko – skłonił się przed nią szarmancko. – Cieszę się, że pomimo wahań i zastrzeżeń jednak zdecydowałaś się zaszczycić mnie dzisiaj swoją obecnością.

Lodzia rzuciła mu dumne spojrzenie.

– Cześć, bandziorze – odparła wyniośle. – Wiesz doskonale, że nie przyszłabym, gdybym nie została bestialsko zaszantażowana i postawiona pod ścianą. Gdzie moje rękawiczki?

– Czekają na ciebie – uśmiechnął się, przyglądając się z nieukrywanym rozbawieniem jej urażonej minie. – No, nie gniewaj się, Lea… Przecież chyba domyśliłaś się, że ten szantaż to były tylko żarty? – dodał pojednawczo.

– Nie mogłam mieć takiej pewności – zaznaczyła z urazą. – Z tobą nigdy nic nie wiadomo.

Pablo roześmiał się.

– Widzę, że dobrze mnie już znasz, kochanie – zauważył wesoło. – Przejrzałaś mnie na wylot głębią swej kobiecej intuicji…

Lodzia wzruszyła ramionami, jednak rozpogodziła się nieco.

– Ja was pamiętam, czekajcie! – głowił się tymczasem Majk przy śmiechu Julki i Szymona. – Byliście wtedy z moim Kubą, tylko cholerka… O, ta młoda dama miała bardzo oryginalne imię! – przypomniał sobie, spoglądając na Lodzię. – Pamiętam! Leokadia!

– Tak jest! – zawołała zaskoczona Lodzia, patrząc na niego z sympatią. – Strasznie mi miło, że pamiętasz, raz się tylko widzieliśmy…

– Czekaj, a zdrobnienie?

– Lodzia – podpowiedziała Julka.

– A, tak! – Majk klepnął się ręką w czoło, ale po chwili spojrzał niepewnie na Pabla. – Ale Pablo dzisiaj jakoś inaczej na ciebie powiedział…

– Lea – uśmiechnął się Pablo.

Majk rozłożył ręce w zdezorientowaniu.

– To jak mam się w końcu do niej zwracać, frajerze? – zapytał. – Nie wymagaj ode mnie za wiele, tylu ludzi się tu przewija, że mam ograniczone możliwości… No dobra, ty sama zadecyduj! – zwrócił się wesoło do Lodzi. – Jesteś Lodzia czy Lea?

– Mów na mnie Lodzia – odparła stanowczo. – Wszyscy tak mnie nazywają. Tylko z Pablem mamy inny układ…

Urwała, uznawszy, że nie do końca tak chciała to ująć, i zagryzła wargi z podskórną irytacją. Twarz Pabla rozjaśniła się jak oświetlona słońcem. Majk roześmiał się.

– Aha! – zawołał, patrząc na niego znacząco. – Punkt dla ciebie, stary, widzę, że nie próżnujesz! Ale czy mi się wydaje, Lodziu… ty nie byłaś wtedy ze swoim chłopakiem?

– Dobra pamięć – uśmiechnęła się promiennie Lodzia.

– Z Karolem – doprecyzowała Julka.

– Tak, pamiętam go – skinął głową Majk, znów zerkając wymownie na Pabla. – Był u mnie już kilka razy, bardzo sympatyczny chłopak.

– To jej prawie-narzeczony – wyjaśnił mu spokojnie Pablo, krzyżując nonszalanckim gestem ręce na piersiach. – Ale już niedługo nim będzie.

– Planujesz mu ją odbić? – uśmiechnął się Majk.

Pablo skinął głową na znak potwierdzenia i mrugnął porozumiewawczo do Lodzi, która w reakcji oblała się lekkim rumieńcem. Zła za to na samą siebie, wyprostowała się i podniosła dumnie głowę.

– Odbijać to sobie pan może piłeczkę od ping-ponga – rzuciła wyniośle.

– Patrzcie ją, jaka zadziorna! – parsknął śmiechem Majk.

– Ping-pong odpada, skarbie – odparł zupełnie niezrażony Pablo. – Piłeczka mogłaby za szybko wrócić tam, skąd została odbita.

Julka z Szymonem zrywali boki ze śmiechu.

– Jasna sprawa! – zawołał Majk, klepiąc Pabla przyjacielskim gestem po ramieniu. – Jakby co, stary, wiesz, że zawsze stoję po twojej stronie. Jeśli zarobisz w dziób za tego ping-ponga, odwiozę cię na izbę przyjęć, jakem dobry kumpel! No, ale czekajcie, teraz muszę jakoś rozszyfrować jeszcze was – zwrócił się do Julki i Szymona, starając się przypomnieć sobie ich imiona.

Zatonęli we trójkę w wesołych przekomarzaniach. Pablo przyglądał się Lodzi z zaczepnym uśmiechem, nie zważając na jej pełne wyrzutu spojrzenie.

– Jak tam mój rywal? – zagadnął. – Leczy grzecznie nogę?

– Leczy – odparła chłodno. – I mam nadzieję, że niedługo wyleczy. Będę z nim mogła wrócić na kurs tańca.

– E tam, po co ci kurs, gwiazdeczko? – machnął ręką. – Świetnie tańczysz, z takimi umiejętnościami lepiej popraktykować w realu. Dzisiaj będzie okazja, Majk planuje rozkręcić imprezę z muzyką… Zapowiedziałem ci przecież, że jeszcze nieraz sobie potańczymy.

– Ja mówię o Karolu – przypomniała mu uprzejmie. – Babcia twierdzi, że musimy poćwiczyć jeszcze trochę na kursie tańca. Przyda się przed weselem.

– Widzę, że babcia myśli o wszystkim – zaśmiał się. – A pewnie, że się przyda, on też dostanie zaproszenie, nie martw się. A teraz chodź ze mną na chwilę, skarbie, oddam ci te rękawiczki.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział VIII (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz