Lodzia Makówkówna – Rozdział X (cz. 4)

Kiedy minęła dwudziesta, z duszą na ramieniu wzięła do ręki telefon, wybrała numer Pabla i nawiązała połączenie. Odebrał natychmiast.

– Gwiazdeczko? – rzucił wesoło.

– Cześć, bandziorze – powiedziała z wyrzutem. – Domyślasz się, dlaczego dzwonię, prawda?

– Domyślam się – odparł słodkim tonem. – I co? Bardzo się na mnie gniewasz?

– Pablo, przecież mówiłam ci już raz, żebyś tak nie robił – odrzekła poważnie. – Dziękuję ci za te tulipany, są prześliczne, ale… ja nie chcę, żebyś dawał mi takie kosztowne prezenty. Bardzo cię proszę, nie rób tego nigdy więcej.

– Nie czujesz się chyba zobowiązana, Lea? – zapytał łagodnie Pablo. – Ten bukiecik był tylko stosownym podziękowaniem za twoje przepyszne ciasto. Miałem też nadzieję, że na widok tulipanów moja gwiazdeczka uśmiechnie się na myśl o tym, że niedługo wiosna.

Dźwięk jego ciepłego, niskiego głosu zaszumiał przyjemnie w jej uszach i sam w sobie stał się jakby przedsmakiem wiosny.

– Bukiecik! – pokręciła głową. – Dwie tony kwiatów nazywasz bukiecikiem?

– Nie zwracaj uwagi na ilość, kochanie. Skąd wiesz, może trafiłem w kwiaciarni na wiosenną promocję? Takie się zdarzają. Kupujesz jedną tonę tulipanów, a drugą dostajesz gratis.

– Ach! – roześmiała się. – Udowodnij mi jeszcze, że zrobiłeś na tym interes! Często korzystasz z takich promocji?

– Nie, gwiazdeczko. Ale chyba będę musiał pomyśleć o jakimś abonamencie…

– Aż tyle masz zamówień? – zakpiła.

– Okazji przecież nie brakuje – zauważył swobodnie. – A niedługo zacznie się pełny sezon na kwiaty wiosenne… Na pewno hodujesz z tatą w ogródku różne rodzaje, prawda?

Lodzia uśmiechnęła się na wspomnienie swego ukwieconego ogródka sprzed roku.

– O, tak! – odparła z rozmarzeniem. – Tulipanów mamy na wiosnę zatrzęsienie. Do tego stokrotki, trochę fiołków i niezapominajki… aha, jeszcze żonkile i krokusy. Mamy też konwalie, ale te nasze kwitną dopiero w maju. W tamtym roku było cudownie, tata dosadził kwiatów, które kwitną w kwietniu, to był prezent na moje osiemnaste urodziny. I magnolia tak ślicznie zakwitła! Mam nadzieję, że w tym roku też tak będzie. Już nie mogę się doczekać!

– Już niedługo, moja mała szczebiotko – zapewnił ją Pablo. – Widzę, że bardzo dzielna z ciebie ogrodniczka. Żałuję, że nie znam się na tym, całe życie mieszkałem w bloku i nie miałem ogródka. Ale przeszkolisz mnie w tym fachu i szybko nabiorę wprawy.

– Dlaczego miałabym cię przeszkalać? – zdziwiła się Lodzia.

– Ktoś przecież musi ci pomagać sadzić te niezapominajki… Ale mam pomysł. Może zaczęlibyśmy od uprawy balkonowej? Podejrzewam, że to łatwiejsza formuła na początek. Co o tym myślisz?

Lodzia uśmiechnęła się podejrzliwie, wyczuwając w powietrzu jakiś nowy blef.

– Nie wiem, do czego tym razem zmierzasz, szachraju – powiedziała zachowawczo. – Więc zostawiam to bez komentarza, zanim znów mnie z czymś wykiwasz, jak z tym regulaminem. Już się przekonałam, że lepiej z tobą nie wchodzić w werbalne potyczki.

– Ależ dlaczego, gwiazdeczko? – zaśmiał się Pablo. – Przecież nie ustępujesz mi ani na krok! Jesteś wspaniałą przeciwniczką. Jak jeszcze nabierzesz polonistycznych szlifów, będziesz nie do pokonania. Zobaczysz, będziemy się rewelacyjnie kłócić.

– Kłócić? – powtórzyła zdziwiona.

– Nie słyszałaś nigdy o kłótniach małżeńskich?

– Ech! – rzuciła kpiąco, wzruszając ramionami.

– Ale to tylko od czasu do czasu, tak dla sportu – ciągnął beztrosko. – Ogólnie będziemy żyć w pełnej sztamie, zobaczysz. No, skarbie, nie daj się prosić… Nie pożartujesz ze mną trochę?

„Ach, mam wejść w twój blef?” – pomyślała z rozbawieniem. – „I myślisz, że to mnie ruszy? Poczekaj, cwaniaku, zaraz ci pokażę, co potrafię!”

– Czemu nie? – uśmiechnęła się zadziornie. – Jeśli o mnie chodzi, nie lubię się kłócić, to strata czasu. Będę cię od razu bić.

– Mocno? – zaniepokoił się.

– Do krwi. A potem będę ci przykładać na to jodynę. I to nierozcieńczoną.

– O, cholera! – roześmiał się. – W co ja się pakuję… Czy w twoim słodkim pakiecie jest też wbijanie nożyczek w serce?

– Nożyczki to tylko pierwszy etap – oznajmiła dumnie.

– Skalpowanie i obdzieranie ze skóry też wchodzi w grę?

– W skrajnych przypadkach owszem.

– Poproszę o ich określenie z góry. Wypiszę sobie to na kartce i powieszę nad łóżkiem ku przestrodze. Aha, uprzedzam cię od razu, że schowka na szczotki na razie nie będzie.

– Jak to nie będzie? – obruszyła się Lodzia. – To gdzie będę cię zamykać za karę?

– Może w piwnicy? – zaproponował z namysłem. – Tam będą półki na twoje przetwory domowe. Zamkniesz mnie w towarzystwie tych wszystkich pysznych dżemików, soków malinowych i domowego winka…

– Chciałbyś! – roześmiała się. – Przetwory i inne cenne rzeczy będę trzymać pod kluczem.

– Myślisz, że rasowy bandzior nie zna się na wytrychach? – zapytał dobrotliwie. – Nie doceniasz mnie, kochanie. Włamię się wszędzie, gdzie tylko będę chciał.

– Kradzież z włamaniem podpada pod pudło – zauważyła.

– Nie boję się pudła. Mam znajomości w prokuraturze.

– Przy recydywie nic ci nie pomoże, nawet poręczenie prokuratora.

– To ucieknę z więzienia przez okno. Mam już niejakie doświadczenie w chodzeniu po kratach… Wywinę się jakoś i wrócę do ciebie jak bumerang.

– Żeby się zemścić? – zapytała kpiąco.

– Oczywiście – odparł z powagą. – Moja zemsta będzie straszna. A potem będzie twoja kolej, żeby zemścić się na mnie za zemstę. A potem ja…

– Jasne! – zaśmiała się Lodzia. – I tak będziemy się mścić na sobie w kółko? Przecież to się stanie w końcu nudne.

– Znajdziemy jakiś kreatywny sposób, żeby urozmaicić nasze zemsty – zapewnił ją Pablo. – Mam nawet od razu kilka pomysłów. Opowiedzieć ci o nich, kociaku?

– Dziękuję, krętaczu, nie trzeba – uśmiechnęła się. – Wolałabym trzymać się z daleka od tych twoich urozmaiceń. Aż taka mściwa nie jestem.

Pablo roześmiał się.

– Dobrze, kochanie, porozmawiamy o tym innym razem – zgodził się wesoło. – Widzimy się w następny piątek, tu nic się nie zmieniło, prawda?

– Na razie nic – odparła oględnie. – Ale do piątku daleko, nie wiem, co jeszcze do tego czasu wymyślisz, farmazonie. W każdym razie nie przysyłaj mi już więcej kwiatów, dobrze?

– A czekoladki?

– Pablo!

– Żartowałem – zaśmiał się pojednawczo. – Wolę nie narażać się na te straszne rzeczy, które mi obiecujesz za niesubordynację. Dziękuję ci za telefon, Lea. W piątek po lekcjach będę na ciebie czekał. Do zobaczenia, kochanie.

– Do zobaczenia, blefiarzu.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział X (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz