Lodzia Makówkówna – Rozdział XI (cz. 1)

Dźwiękowi dzwonka kończącego ostatnią lekcję zawtórowało szybsze bicie jej serca. Zaraz go zobaczy! Nieważne, kim był i jakie miał wobec niej zamiary, nieważne, że to było kolejne szaleństwo, nieważne, że kiedyś będzie przez to cierpieć… zobaczy go za chwilę, tak dawno go nie widziała!

Ze szczytu schodów, zanim jeszcze do nich doszła, dostrzegła jego sylwetkę na dole. Był luźno ubrany w dżinsy i granatową kurtkę, stał swobodnie oparty o jeden z filarów przy drzwiach wejściowych i od czasu do czasu zerkał w stronę schodów. W następnej chwili spotkały się ich oczy. Twarz rozjaśniła mu się, jakby padło na nią wychodzące zza chmur słońce… Oderwał się natychmiast od filara i ruszył jej na spotkanie. Zatrzymał się u podnóża schodów, oparł się nonszalancko łokciem o barierkę i czekał, patrząc ku niej w górę, ogarniając całą jej postać roziskrzonym wzrokiem.

Zwolniła kroku przepełniona nagłym wzruszeniem i z bijącym sercem ruszyła w dół, z każdym stopniem schodów coraz silniej odczuwając jego magnetyzującą bliskość. Przez krótką, upojną chwilę poczuła się szczęśliwa jak panna młoda, która schodzi w dół po schodach do swojego oblubieńca…

– Witaj, gwiazdeczko – powiedział Pablo, zaglądając jej w oczy, kiedy stanęła obok niego, po czym ujął jej dłoń i podniósł na chwilę do ust szarmanckim gestem.

– Cześć, bandziorku – odparła, tłumiąc drżenie głosu. – Długo na mnie czekałeś?

– Całe życie – uśmiechnął się i mrugnął do niej lekko kącikiem oka. – A dziś tylko kilka minut. Jesteś bardzo punktualnym kociakiem.

– Skończyła się lekcja, więc schodzę. Powinnam iść jeszcze na fakultety z matmy, większość klasy idzie. Ale odpiszę sobie potem wszystko od Juli.

Spojrzał na nią rozbawiony.

– Idziesz przeze mnie na wagary?

– Jeśli przez to nie zdam matmy, obciążę cię odpowiedzialnością – ostrzegła go wesoło.

– Nie ma sprawy, zapłacę ci odszkodowanie. Chyba muszę pomyśleć o wykupieniu zawczasu jakiejś porządnej polisy. No dobrze, daj mi ten plecak i ubieraj się… Nie za ciężkie to dla ciebie? – dodał, ważąc w ręce plecak, który mu podała.

– Teraz mamy dużo książek przez te fakultety – wyjaśniła mu, biorąc swoje rzeczy z rąk szatniarki. – Ledwo mi się mieszczą. Ale to już tylko kilka tygodni, jakoś przetrzymamy.

Obok nich przebiegła Magda, spojrzała w locie, zatrzymała się i zawróciła.

– O, cześć, kogo ja widzę! – zawołała do Pabla. – Dawno cię tu nie było!

– Nic dziwnego – zauważył z uśmiechem. – Stare dziady raczej rzadko zaglądają do szkoły.

– Ojej, nie wypominaj mi tej gafy! – zaśmiała się. – Palnęłam wtedy, że nie wiem… zupełnie nie myślałam, co gadam. Zresztą udowodniłeś tym rock’n’rollem, że nie jest z tobą jeszcze tak źle!

– Staram się, jak mogę – zapewnił ją Pablo, pomagając Lodzi włożyć płaszcz. – A im więcej obracam się w towarzystwie nastolatków, tym lepiej mi idzie.

– Nie masz wyjścia! – zawołała Magda. – Zachciało się takiej młodej żonki, to teraz trzeba będzie stawać na wysokości zadania. Same kwiatki nie wystarczą!

– Madziu! – upomniała ją ze zgrozą Lodzia.

– Myślę, że dam radę – uśmiechnął się Pablo. – A na pewno będę się bardzo starał.

– No, żartuję, żartuję! – zaśmiała się Magda. – Nie patrz tak na mnie, Lodziu! A te tulipany to naprawdę super jej przysłałeś – zwróciła się znów do Pabla. – Była haja na pół szkoły, dziewczyny zazdroszczą jej takiego faceta…

– Już się ubrałam – przerwała stanowczo Lodzia. – Idziemy?

Pablo skłonił głowę, zarzucił sobie jej plecak na jedno ramię i podał rękę Magdzie.

– Do zobaczenia. Pozdrów ode mnie Miśka.

– Pamiętasz mojego Miśka? – zdziwiła się.

– Ja wszystko pamiętam – uśmiechnął się. – Jestem bardzo uważnym obserwatorem.

„To prawda” – pomyślała Lodzia, przypominając sobie niezapominajki.

– No to cześć, lecę, trzymajcie się! – rzuciła Magda i pobiegła schodami na górę.

Lodzia ruszyła w stronę wyjścia zmieszana, omijając wzrokiem oczy Pabla, który uprzejmie otworzył przed nią drzwi.

– Wiesz co, Lea? – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Myślę, że zaniesiemy ten twój plecak do samochodu, mam go tu jak zwykle pod ręką. Tam już zresztą czeka twoje pudełko po cieście. I pójdziemy dalej bez bagażu, co ty na to?

– Dobra myśl – przyznała. – Idziesz prosto z pracy?

– Nie, kochanie, skończyłem wcześniej i pojechałem przebrać się w coś luźnego – odparł swobodnie. – Mam już serdecznie dość munduru, ostatnio prawie z niego nie wychodziłem. Jacek wrócił już na szczęście i mnie zastąpił, mogłem wyjść po czternastej. Wreszcie stanęliśmy na nogi… A ty jak żyjesz przed tą maturą? Ciężko pewnie macie?

– Względnie. W porównaniu do tego, co wy mieliście w pracy… Owszem, jest dużo zajęć, czytania, prac domowych, ale da się jakoś przeżyć. To w końcu tylko matura.

Pablo zerknął na nią uważnie.

– Twoja matura to bardzo ważne wydarzenie – zaznaczył z powagą. – Wielki krok w życiu małej gwiazdeczki… Ja swoją maturę pamiętam jeszcze całkiem nieźle, chociaż to było lata temu. Są takie punkty milowe w życiu, ważne egzaminy, przełomowe wydarzenia, które zmieniają bieg historii… tej małej historii każdego z nas. Nie miałaś jeszcze takich?

– Miałam – uśmiechnęła się, przypominając sobie rodzinną awanturę o dżinsy z początku liceum. – Ale wstydziłabym się o nich mówić, były zbyt niepoważne… W tym roku za to czeka mnie kilka prawdziwych kamieni milowych, matura rzeczywiście będzie tym pierwszym. Potem studia…

– A wcześniej chyba zamążpójście? – zauważył niewinnie, zerkając na nią spod oka.

– Owszem – przyznała z kamienną twarzą. – Ale to zupełnie inna kategoria zdarzeń.

– No tak. To jest właśnie ta kategoria, która najbardziej wpływa na bieg historii.

– Być może – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Ty się na tym akurat nie znasz, bandziorku, więc się nie wymądrzaj, ale niewykluczone, że masz rację. Sprawdzę to niedługo. Aha, żebym nie zapomniała… – zmieniła na wszelki wypadek temat. – Bufon kazał cię pozdrowić.

– Bufon! – prychnął śmiechem Pablo. – Rozłożyliście mnie tą ksywką, pasuje do niego, jakby się z nią urodził! Cóż, dziękuję za pozdrowienia i odwzajemniam je… ale nie kłopocz się specjalnie ich przekazywaniem, gwiazdeczko. Chyba że trafi się przypadkowa okazja.

– Znasz go pewnie z pracy?

– Tak, był naszym klientem ze trzy czy cztery lata temu. Wyciągaliśmy go z Piotrkiem z takiego jednego małego bagienka… z dobrym skutkiem, dzięki czemu po latach mówi mi jeszcze dzień dobry – zaśmiał się. – No, ale mniejsza o to. Mówiliśmy o twojej maturze i studiach, Lea. Pomyśl, za rok będziemy mieć już zupełnie inne kłopoty niż teraz. Te wszystkie twoje wykłady, sesje, egzaminy…

– Moje wykłady i egzaminy to jeszcze odległy śpiew przyszłości – zauważyła spokojnie Lodzia. – Do tego czasu jeszcze wiele się wydarzy i wiele zmieni.

– Zgadza się – przyznał. – Nawet bardzo wiele.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Dalsze części:

Rozdział XI (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz