Lodzia Makówkówna – Rozdział XI (cz. 10)

Wesołe światło marcowego poranka kładło się jasnymi smugami na podłodze przedpokoju, do którego Lodzia schodziła ze schodów w drodze na sobotnie rodzinne śniadanie. Zanim weszła do salonu, zerknęła w lustro, czy nie widać po niej zbytnio przeżytych wrażeń. Jej twarz, choć mocno blada, przynajmniej nie była już opuchnięta od łez, które wylała w nocy, zasypiając ciężkim snem dopiero nad ranem. Mogła się jako tako pokazać rodzinie. Musiała zresztą jakoś wyglądać, gdyż na osiemnastą mieli jechać na umówioną rewizytę u Karola.

Po wczorajszej scenie w samochodzie nadal czuła smutek i żal. Nie mogła zapomnieć słów Pabla i tego poważnego spojrzenia, którym mierzył ją, zanim się odezwał. Inaczej zrozumiał to, co miała na myśli, zrozumiał to znacznie gorzej i wiedziała, że to go dotknęło. Pomimo swych słynnych podbojów i statystyk był przecież bardzo kulturalnym człowiekiem, który niczego nie zrobiłby bez jej pełnej zgody – tego była pewna. Jednak nie zmieniało to faktu, że nie powinien był tak jej zabierać do siebie bez pytania, ona zaś nie powinna była prowokować takich sytuacji.

„On mi może naprawdę chciał pokazać jakiś projekt” – myślała, pokonując powoli, jakby z namysłem kolejne stopnie w dół. – „Oczywiście na tym by się nie skończyło, już ja go znam, hultaja… Zahipnotyzowałby mnie tymi swoimi diabelskimi oczami, zamruczałby mi coś do ucha tym zniewalającym głosem, specjalnie dla mnie zamieniłby się w dżinna… i koniec. Ale z drugiej strony czego ja się spodziewałam? Przecież sama go bez przerwy prowokuję! Jula ma rację, po co się z nim spotykam? Tacy jak on rozumieją to jako zaproszenie do polowania, liczą na słodki finał. A ja na co liczę? Na nic. Chcę go tylko czasami zobaczyć, pobyć przy nim… Kiedyś mi to przejdzie, jakoś to przewalczę, ale teraz nie umiem. I co? Wychodzę tylko na idiotkę, która sama nie wie, czego chce…”

Z ciężkim sercem weszła do salonu na śniadanie.

– No, Lodziu, nareszcie! – zawołała z ulgą Mamusia, sięgając po dzbanek z kakao. – Czekamy tylko na ciebie, siadaj, dziecko, siadaj.

Lodzia usiadła jak zwykle naprzeciwko Tatusia, który uśmiechnął się do niej i zabrał się w milczeniu za komponowanie kanapki. Odwzajemniła mu uśmiech, czując, że wypada jej to blado, po czym sięgnęła po stojący obok dzbanek i nalała sobie kawy.

– Coś ty mi, Lodzieńko, nie za dobrze dzisiaj wyglądasz – zaniepokoiła się Babcia. – Nie zeszłaś pomóc przy śniadaniu, jakaś blada jesteś…

– Nie spałam za dobrze, babciu – odparła cicho Lodzia.

Wielka Triada popatrzyła po sobie porozumiewawczo.

– To z wrażenia – orzekła Ciotka Lucy, sięgając po bułkę. – Nic dziwnego, dzisiaj wreszcie się zobaczą po takim długim czasie.

– Właśnie – Mamusia kiwnęła głową z satysfakcją. – Mówiłam od razu, że trzeba coś z tym zrobić, zadzwonić, umówić spotkanie… Jeszcze trochę i dziewczyna by nam tu uschła z tęsknoty, on pewnie też już tam szaleje. Mareczku, weź sobie jeszcze pomidora.

Lodzia drgnęła, przypominając sobie natychmiast Pabla krojącego z najwyższą precyzją pomidory w kuchni Majkowej restauracji.

– Jakie to romantyczne! – westchnęła rzewnie Ciotka Lucy. – Takie dwa młode serca, znają się tak krótko, a już taka miłość!

– To było przecież do przewidzenia – zauważyła stoicko Mamusia, smarując sobie chleb twarożkiem. – Taki przystojny, ułożony chłopiec… A Lodzia taka śliczna i dobrze wychowana, idealna gospodyni. Nie po to nad nią pracowałyśmy tyle lat, żeby to się teraz nie przydało.

– Już niedługo doczekam się prawnuków – zauważyła Babcia, mieszając dystyngowanym gestem cukier w swoich porannych ziółkach. – To znaczy prawnuczek, mam nadzieję.

– No, o tym to już pomyślimy trochę później – zastopowała ją Mamusia.

Mimo fatalnego stanu ducha, w jakim się znajdowała, Lodzia nie mogła powstrzymać uśmiechu, zastanawiając się, w jaki sposób one mają zamiar „pomyśleć” o załatwieniu Babci prawnuków. Zakres ingerencji, jaką planowały, zahaczał chyba o grubą przesadę…

– Ale, Lodziu, zjedzże coś, dziecko! – załamała ręce Mamusia. – Sama kawa nie wystarczy, zjedz coś konkretnego. Ja wiem, że nie masz apetytu, ale trzeba się przemóc, weź chociaż kawałek chleba z masłem…

Lodzia posłusznie sięgnęła po chleb i zajęła się starannym smarowaniem go masłem.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział XI (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz