Lodzia Makówkówna – Rozdział XI (cz. 2)

Szli przez chwilę w milczeniu, zbliżając się już do parkingu. Lodzia patrzyła w chodnik, pod nogi, maszerowali oboje równym krokiem, oboje mieli na nogach granatowe dżinsy w niemal identycznym odcieniu. Podniosła głowę i zerknęła na niego ukradkiem, uśmiechnął się i mrugnął do niej, poprawiając sobie jej plecak na ramieniu.

„Mógłbyś być takim ideałem, Pablo” – pomyślała ze smutkiem, przypominając sobie to, co o nim mówił Grzelo. – „Nawet pomimo tych trzynastu lat i tej całej przepaści, która nas dzieli. Ale cóż, na tym świecie nie ma ideałów…”

– Powiedz mi, skarbie, gdzie mam cię zabrać, na co byś miała ochotę? – zapytał Pablo, otwierając bagażnik samochodu, do którego właśnie dotarli i umieszczając w nim jej plecak. – Kawa to chyba mało o tej porze. Jesteś głodna?

– Teraz nieszczególnie – odparła zgodnie z prawdą. – Ale za godzinę pewnie będę.

– To może przeczekamy u Majka, a potem pójdziemy na pizzę? U niego też w razie czego da się coś zjeść, ale chciałbym ci pokazać dzisiaj jedną fajną pizzerię. Lubisz włoskie jedzenie?

– Bardzo lubię – uśmiechnęła się. – A w sumie rzadko mam okazję…

– No to załatwione – powiedział, zatrzasnął klapę bagażnika i zamknął samochód. – Zajrzymy na razie na dół do frajera, pewnie go jeszcze nie będzie o tej porze, ale czegoś się tam napijemy i poczekamy, aż porządnie zgłodniejesz. Do której masz dzisiaj czas?

– Właściwie do wieczora – odparła po zastanowieniu. – Oczywiście w granicach rozsądku, ale teraz jest tyle tych fakultetów, że mama nie zdziwi się, jak wrócę trochę później…

– Czuję się jak nastolatek, który w tajemnicy przed rodziną zabiera koleżankę z młodszej klasy na zakazaną randkę – zaśmiał się Pablo, rzucając jej rozbawione spojrzenie. – Ach, ty niegrzeczna dziewczynko… Ukrywasz przed mamą swoje drugie życie! Łamiesz regulamin i spotykasz się z jakimś ciemnym typem za plecami rodziny i namaszczonego wybranka. Pod dom też nie pozwalasz mi podjechać, żeby się nie wydało…

Lodzia spojrzała na niego dumnie.

– Jestem dorosła i mogę spotykać się z kim chcę – odparła nieco urażonym tonem. – Ale po co narażać się na niepotrzebne pytania i komentarze? Taka gra nie jest warta świeczki.

Pablo drgnął lekko na ostatnie słowa i zerknął na nią uważnie.

– Babcia pewnie też nie byłaby zadowolona, gdyby się dowiedziała? – zauważył po chwili tym samym wesołym tonem.

– Nie byłaby – przyznała Lodzia. – Nikt by nie był.

– Ale przecież przyzwyczailiby się w końcu. Każdy regulamin da się zmienić, nastawienie otoczenia też. Taki problem to nic nowego pod słońcem. Mnóstwo ludzi poradziło sobie z nim w taki czy inny sposób, przeszli przez to i wszystko dobrze się skończyło. Trzeba brać przykład z doświadczeń starszych pokoleń i tych dzielnych jednostek, które umiały zawalczyć o swoje.

– O czym ty gadasz, szachraju? – zdumiała się Lodzia, spoglądając na niego podejrzliwie.

– O mezaliansie – oznajmił z powagą. – Wiem, że księżniczce grozi za to zamurowanie w wieży, ale jestem przekonany, że przy odpowiednio poprowadzonej polityce ten punkt da się jakoś obejść.

Uśmiechnęła się delikatnie.

– Chyba ci kompletnie odbiło, bandziorku – pokiwała głową. – Za długo w tej pracy siedzieliście do nocy, za dużo tych batoników z automatu… A uprzedzałam cię, że to niezdrowe.

Pablo parsknął śmiechem.

– No i widzisz? To wszystko przez ciebie. Za mało miałem tej odtrutki.

– Jakiej odtrutki?

– Sernika z brzoskwiniami. Twoja terapia była zdecydowanie za krótka. Jednak odpowiednio skonfigurowany wariat też może ci się przydać w zestawie, gwiazdeczko – dodał znacząco. – Ma specjalne funkcje, jakich nie ma nikt inny.

– W to nie wątpię – uśmiechnęła się z pobłażaniem. – Ale takie rozwiązanie niezbyt mnie przekonuje. Wariaci są niebezpieczni.

– Większość pewnie tak, ale nie ja. Jako twój prywatny, osobisty wariat byłbym potulny jak baranek. Mogłabyś robić ze mną, co tylko byś chciała, a ja bym ani trochę nie protestował. Przeciwnie… Gryzłbym i kopał tylko innych.

– Dziękuję bardzo! – roześmiała się Lodzia. – Nie potrzebuję osobistego wariata. I to takiego, co kopie i gryzie!

– Te funkcje akurat podlegają negocjacji – zaznaczył Pablo. – Zamiast kopania i gryzienia może być na przykład przynoszenie śniadania do łóżka… i wiele innych rzeczy. Mogłabyś mnie sobie skonfigurować dowolnie, według życzenia.

Lodzia pokręciła głową, rzucając mu sceptyczne spojrzenie.

– Tak się niestety nie da. Szybko by się okazało, że akurat te funkcje, na których by mi najbardziej zależało, są ograniczone albo nieaktywne.

– Więc wystarczy je aktywować – uśmiechnął się słodko.

– Chyba jednak nic z tego – odwzajemniła mu równie słodki uśmiech. – To za stary model i albo pewnych funkcji nie posiada, albo ja nie mam do nich hasła dostępu.

Pablo zatrzymał się nagle na środku chodnika i zastąpił jej drogę.

– Nieprawda, gwiazdeczko – powiedział z powagą, patrząc jej w oczy. – Masz pełny dostęp do panelu sterowania i sama możesz utworzyć hasło. A model może i jest stary, ale ma pewien atut, którego nie mają te nowsze. W środku, jak w zaczarowanej lampie, siedzi potężny dżinn, który chętnie spełni twoje życzenia. I to nie trzy, ale wszystkie – zaznaczył.

Lodzia odruchowo cofnęła się o pół kroku.

– Moje życzenia są bardzo trudne do spełnienia – oznajmiła hardo.

Pablo zrobił krok w jej stronę, żeby zredukować dystans, i pochylił się ku niej mocniej.

– Wystarczy, że je wypowiesz, maleńka – odparł miękkim półgłosem, który przyjemnie zaszumiał jej w uszach. – Twój dżinn tylko na to czeka…

Jego ciemne oczy zalśniły, napełniły się światłem. Lodzia zadrżała.

„Nie czaruj mnie tak bestialsko, ty draniu” – pomyślała, odwracając wzrok. – „Już ja wiem, szubrawcu, jakie życzenia najchętniej byś spełniał!”

– Nie, potężny dżinnie – odparła, starając się przybrać żartobliwy ton. – Nie wypowiem ich.

Milczał przez chwilę, nie odrywając od niej oczu, po czym wyprostował się i cofnął o krok, by odsłonić jej drogę.

– No dobrze – powiedział swym zwykłym, beztroskim głosem. – Teraz nie, ale pamiętaj, że dżinn jest zawsze na twoje rozkazy. Jeśli czegoś sobie zażyczysz, wzywaj go do siebie i żądaj.

Nie odpowiedziała, a jedynie nieznacznie przyśpieszyła kroku. Idący obok Pablo zerknął na nią kilka razy ukradkiem i jego twarz przybrała wyraz zamyślenia. Przez kilka długich chwil na wilgotnym po odwilży chodniku słychać było tylko cichy stuk jej obcasów.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1)

Dalsze części:

Rozdział XI (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz