Lodzia Makówkówna – Rozdział XI (cz. 5)

– No to poszło na razie dwanaście, tam się smażą następne – pokiwała głową kucharka, nie przestając nakładać porcji, które kelnerki wynosiły na zmianę na tacach. – W sumie będzie czterdzieści osiem. Jeszcze z osiemnaście tych porcji trzeba dosmażyć, dwa kawałki będą na zapas. Szykujesz już, dziecino? Nie zapytałam jeszcze… jak ty masz na imię?

– Lodzia – odpowiedział za nią szybko Majk, na którego obliczu malowało się coraz większe uznanie. – To od Leokadia.

– Jak ładnie! – uśmiechnęła się pani Wiesia. – Takie staromodne imię… Szefie, zostawi sobie szef tę dziewczynę na stałe, świetnie sobie radzi. Lodziu, posyp je jeszcze trochę tą drugą przyprawą, jest z lewej strony obok ciebie. Ile tam masz gotowych?

– Na razie jedenaście… dwanaście! – odparła grzecznie Lodzia. – Już je może pani zabrać, zaraz dołożę następne. Jak ci idzie, bandziorku? – dodała, zerkając w przelocie na blat, gdzie Pablo z aptekarską precyzją kroił swoje pomidory.

– Świetnie – oznajmił z dumą. – Pokroiłem już dwa.

– Gigant z ciebie! – zaśmiał się Majk, wyciągając spod blatu kartony z sokiem. – Jak się dobrze przyłożysz, to do rana może skroisz resztę… No, ale Lodzię biorę na etat, jak babcię kocham!

– Chciałbyś – mruknął Pablo, zabierając się z namaszczeniem za trzeciego pomidora.

– Lodziu, trzeba szybciej skroić tę sałatę i zalać sosem – powiedziała pani Wiesia. – Oliwki dodać, pomidory i przyprawy… Już mam mniej niż jedną trzecią salaterki, zaraz mi zabraknie.

– Robi się, proszę pani – odparła Lodzia.

Sprawdziła szybko stan smażącej się ryby, stanęła obok Pabla, wzięła do ręki drugi nóż i zabrała się za krojenie sałaty, której cała góra wypełniła po chwili olbrzymią salaterkę.

– Jak ty to robisz w takim tempie, gwiazdeczko? – zdumiał się Pablo. – Chyba urodziłaś się z tasakiem w ręce.

– Sam mówiłeś, że jestem niebezpieczna – uśmiechnęła się, zerkając na niego spod oka.

– To fakt, od dawna wiem, że lepiej ci nie podpadać – przyznał, walcząc nadal ze swoim pomidorem. – Ale imprezy na sześćdziesiąt osób spokojnie możemy razem robić. Pokażesz mi jeszcze parę trików i wyrobię taką technikę, że nawet Majk padnie.

Lodzia uśmiechnęła się, spoglądając z rozbawieniem na efekty jego pracy w postaci trzech równiutko pokrojonych pomidorów.

– Dobry początek – pochwaliła go. – Jak jeszcze nabierzesz trochę tempa, będzie idealnie.

Wróciła do patelni, na którą wrzuciła kolejne, ostatnie już kawałki ryby, po czym wyjęła kilkanaście już usmażonych i zaniosła je kucharce, która ciągle nakładała kolejne porcje na talerze i wydawała je kelnerkom. Następnie wróciła do sałatki.

– Pokaż, pomogę ci z tymi pomidorami – powiedziała litościwie do Pabla.

Pokroiła w błyskawicznym tempie cztery kolejne i wrzuciła je do salaterki z sałatą.

– Nieźle – pokiwał głową Pablo, przyglądając się temu z uznaniem. – Nie chciałbym ci wpaść pod nóż, nawet bym nie zdążył pomyśleć ostatniego życzenia.

– Dobra, Pablo, zostaw te pomidory i chodź mi pomóż rozlać soki – powiedział Majk, który odkręcał kolejne kartony z sokami i przelewał je do szklanych dzbanków. – W tym się lepiej sprawdzisz. Aga! – dodał, zwracając się do kelnerki. – Bierzcie przy okazji te dzbanki, po dwa na stół!

Pablo z ulgą porzucił przekrojonego właśnie na pół czwartego pomidora i dołączył do Majka. Lodzia skończyła krojenie warzyw i zabrała się za wsypywanie do sałatki oliwek, przypraw i dolewanie sosu. Skosztowała i dodała jeszcze trochę soku z cytryny.

– Sałatka już jest, proszę pani – powiedziała po chwili. – Ryby też się dosmażają.

– Świetnie, dziecino – uśmiechnęła się pani Wiesia. – Daj tę sałatkę, już mi się kończy.

Po kolejnych dziesięciu minutach sytuacja była wreszcie opanowana. Goście z delegacji bankowej spokojnie konsumowali drugie danie, kelnerki znosiły brudne miseczki po zupie i donosiły sok, a pani Wiesia wydawała już tylko drobniejsze zamówienia z sali. Majk i Pablo skończyli rozlewanie soków i wody do dzbanków, a teraz zatonęli w cichej rozmowie nad rozpostartym na bocznym stoliku gęsto zapisanym terminarzem.

– Kroimy szarlotkę – zarządziła pani Wiesia, wyciągając na blat dwie wielkie blachy ciasta. – Jeszcze muszą dostać deser, trzeba to podzielić na porcje. Lodziu, będziesz kroić jedną?

– Dobrze, proszę pani – odparła Lodzia, przygotowując nóż i sięgając po pierwszy talerzyk z wielkiego stosu. – Niech mi pani tylko pokaże, jakie to mają być kawałki… Aha, już widzę.

– Dzielna dziewczyna – uśmiechnęła się do niej serdecznie pani Wiesia. – Świetnie sobie radzisz w kuchni, widać, że masz doświadczenie, chociaż taka jesteś młodziutka…

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

Rozdział XI (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz