Lodzia Makówkówna – Rozdział XII (cz. 8)

Dwa dni później w szkole był uroczyście obchodzony Dzień Kobiet, dziewczyny z klasy czwartej A dostały z tej okazji od swoich kolegów po niewielkim pudełku czekoladek z życzeniami, natomiast na przerwie śniadaniowej Szymon przyniósł Julce czerwoną różę na długiej łodydze, taką samą jak na studniówce. Lodzia z uśmiechem przyglądała się uroczej parze, na ich twarzach było tyle spokojnej radości, a w oczach tyle nadziei… Myślała ze wzruszeniem o wiernym, tak długo pielęgnowanym uczuciu Szymona do jej przyjaciółki, a także o jej powolnym, opornym budzeniu się do szczęścia przy jego boku.

„Przecież widzę, że już sobie nie wyobrażasz, że mogłabyś być z kimś innym” – pomyślała, zerkając na nich spod oka. – „To już kwestia krótkiego czasu, ja bym się chyba dłużej nie wahała na twoim miejscu. Tak ci zazdroszczę, Jula, masz taką jasną sytuację! Ale cieszę się, że tak jest, zasługujesz na tego chłopaka, a on zasługuje na ciebie…”

– I nad czym ty się jeszcze zastanawiasz? – zagadnęła, kiedy obie z Julką wychodziły ze szkoły. – Przecież wyglądacie, jakbyście już byli parą.

– To się jakoś samo dzieje – odparła w zamyśleniu Julka, przyglądając się z czułością swojej róży. – Sama nie wiem jak. To jest w ogóle dziwne, przecież przez tyle lat spotykaliśmy się w szkole, na przystanku… a ja ani razu nie pomyślałam o nim w taki sposób.

– Za to on o tobie pomyślał – uśmiechnęła się Lodzia. – I to wystarczyło, jak widać.

Wracały do domu same. Ich klasa została dziś wyjątkowo wcześniej zwolniona do domu, podczas gdy Szymon miał jeszcze dwie godziny lekcji, a potem musiał jechać na kurs na prawo jazdy, więc nie mógł odprowadzić Julki, jak to ostatnio miewał w zwyczaju.

– A Grzelo nawet życzeń ci nie złożył – zmieniła na wszelki wypadek temat Julka. – To jest jednak prymityw. Niby taki zakochany, a jak przyjdzie co do czego…

– Jula, prosiłam cię – wycedziła przez zęby Lodzia. – Nie chcę o nim rozmawiać.

– Oj, Lodźka, daj spokój! – zaśmiała się Julka. – Z tobą to już niedługo o niczym ciekawym nie da się pogadać. Co, może wolisz o pogodzie? No to patrz, jaka piękna wiosna!

Naburmuszone oblicze Lodzi rozchmurzyło się natychmiast na tę słuszną uwagę. Rzeczywiście… Przed szkołą i w całej okolicy było dziś bardzo tłoczno, może właśnie z racji tego, że słońce świeciło wyjątkowo radośnie, zapowiadając nadchodzącą wiosnę? Wesołe śmiechy i okrzyki licealnej młodzieży wysypującej się licznymi grupkami ze szkoły mieszały się z warkotem silników przejeżdżających samochodów i wywoływały życzliwy uśmiech na twarzach śpieszących w różne strony przechodniów.

Lodzia schowała czapkę do kieszeni i podniosła twarz do słońca, ciesząc się jego ciepłymi promykami igrającymi we włosach, wdychając wilgotne powietrze przepełnione zapachem wiosny. Julka przyglądała się spod oka przyjaciółce, myśląc o tym, jak ślicznie ostatnio wyglądała… Tęsknota za Pablem, która przez ostatnie dni i noce okryła jej serce szklistą warstwą wylanych po cichu łez, dodatkowo wysubtelniła delikatne rysy jej twarzy i owiała je leciutką mgiełką melancholii. Teraz, w zderzeniu z rozkrzyczaną wiosną, dziewczyna wyglądała jeszcze bardziej urzekająco. Promienie słońca padające na jej lśniące, jasne włosy niemal prześwietlały całą jej postać, a jej intensywnie niebieskie oczy, wielokrotnie przemyte łzami i podświetlone wewnętrznym światłem noszonego w sercu uczucia, odbijały pogodne niebo jak dwa czyste lustra. Słoneczna pogoda poprawiła jej humor, zrobiło jej się odrobinę lżej na duszy, poczuła wręcz coś na kształt nieśmiałej radości, jakby przeczuwając, że ta wiosna, tak łaskawa dziś dla wszystkich, nawet dla niej szykuje coś miłego.

I nagle zobaczyła przed sobą jego oczy… uważnie w nią wpatrzone ciemne oczy Pabla. To nie była wizja, zobaczyła je naprawdę! Przeciskał się w jej kierunku przez tłum, nie odrywając od niej rozjaśnionego uśmiechem spojrzenia. Dostrzegła go od razu, widziała go z daleka tak, jakby nie było tłumu, jakby byli tu sami, tylko we dwoje… Szedł ku niej szybkim krokiem, niemal biegł, ubrany w elegancki, długi płaszcz wiosenny, z gołą głową, z wypchaną, czarną aktówką pod pachą i bukietem konwalii w ręce. Julka zauważyła go dopiero, gdy podszedł do przyjaciółki. Spojrzała w pierwszej chwili zaskoczona, ale zaraz w przypływie przytomności umysłu usunęła się dyskretnie i przystanęła kilka kroków dalej.

Lodzia stała w miejscu jak zaczarowana, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. To nie był wytwór jej zmaltretowanej wyobraźni… to był on! Widziała go, naprawdę tu był! Nagle w ułamku sekundy wszystko wróciło na swoje miejsce, przestało się liczyć to, co wydarzyło się tydzień wcześniej, te ich wszystkie problemy i nieporozumienia… Był znów blisko, stał przed nią uśmiechnięty, wpatrzony w nią roziskrzonymi oczami, taki najdroższy, jedyny na świecie! Niespodziewany podarunek wiosny dla jej zbolałego serca!

– Lea, kochanie, jak dobrze, że cię spotykam – mówił szybko Pablo cichym, podszytym radością głosem, pochylając się ku niej i zatapiając pełen światła wzrok w głębinach jej oczu. – Nie mam nawet minuty, za chwilę zaczynam rozprawę w sądzie, a jeszcze muszę dojechać. Ale dzisiaj jest Dzień Kobiet… zobacz, przyniosłem ci taki bukiecik. Właśnie się zastanawiałem, jak ci go podrzucić do szkoły, a tu taka niespodzianka! Moja gwiazdeczko…

Szczęście, jakie wywołał w niej jego widok i dźwięk jego głosu, ogarnęło ją gorącą falą, na chwilę zatamowało jej oddech. Serce zadrżało jej na myśl o tym, że przyszedł tu specjalnie dla niej. Pamiętał o niej, śpieszył się, biegł, by w krótkiej chwili między swoimi obowiązkami przynieść jej kwiaty… i mówił do niej, jakby zupełnie nic się nie stało! Jakże niezwykła była ta kaskada światła płynąca z jego oczu! Z tych oczu, które śniły jej się przecież już co noc! Przyniósł jej konwalie… Pewnie chciał w ten sposób zatrzeć złe wrażenie, pewnie była w tym jakaś kalkulacja, ale czy to ważne? Był przy niej, znów mogła go zobaczyć choć przez jedną, przecudowną chwilę!

– Dziękuję ci, Pablo – uśmiechnęła się, biorąc z jego ręki kwiaty. – Są prześliczne… Ale biegnij już, żebyś się nie spóźnił. Nie chciałabym, żebyś coś zawalił przeze mnie.

– Biegnę – kiwnął głową, nie odrywając od niej świetlistego wzroku. – Biegnę już i tak się cieszę, że mogłem cię zobaczyć… Do siedemnastego, prawda, Lea?

– Nie wiem, bandziorku – odparła ostrożnie. – Jeszcze się zastanawiam.

Pablo wpatrywał się w nią tak łapczywie, jakby chciał napatrzeć się na zapas.

– Dobrze, kochanie, rozumiem to – powiedział łagodnie. – Ale wierzę, że przyjdziesz. Twój zdegradowany nieznajomy bardzo na to czeka. I ma nadzieję, że wkrótce zdejmiesz z niego klątwę… Trzymaj się, mój skarbie.

Z trudem oderwawszy od niej oczy, ujął jej dłoń i schylił się szarmanckim gestem, by złożyć na niej delikatny pocałunek. Następnie skłonił jej się lekko, kiwnął głową Julce i pośpiesznym krokiem odszedł w stronę swojego parkingu. Szybko zniknął w tłumie, ona zaś pozostała w miejscu z białymi konwaliami w ręce, na wpół przytomna z wrażenia, przepełniona wciąż po brzegi jego obecnością.

Julka dołączyła do niej, przyglądając jej się z uwagą i podejrzliwością.

– No, Lodźka – powiedziała z uznaniem. – Jaka śliczna scena! Aż się nie chce wierzyć… Gdybyś widziała, jak to wyglądało! Ale co on tak szybko uciekł?

– Pojechał do sądu, śpieszył się na rozprawę – odparła Lodzia, zatapiając mieniącą się tysiącem emocji twarz w pachnących konwaliach.

– No tak – pokiwała głową Julka. – Oni tam tak pewnie biegają co chwila. Ale powiem ci, tak na marginesie, że Pablo fajnie się ubiera… bardzo elegancko. Znowu miał taki długi płaszcz, ekstra w nim wygląda, jak jakiś angielski lord.

– On to nosi tylko wtedy, kiedy pod spodem ma garnitur – wyjaśniła jej Lodzia. – To część zawodowego munduru, jak to on nazywa. Kiedy jest luźniej ubrany, zakłada zwykłą kurtkę.

– Widzę, że dobrze znasz jego zwyczaje – zauważyła Julka, nadal mierząc ją podejrzliwym wzrokiem. – I że już się wcale nie kłócicie…

Lodzia uśmiechnęła się lekko.

– To jest bardziej skomplikowane, niż myślisz, Jula – oznajmiła, wtulając twarz w kwiaty.

– Widzę – przyznała Julka. – I wiesz, co ci powiem? Że ja już teraz zgłupiałam. Tak go bez przerwy obsmarowujesz, psy na nim wieszasz, odsądzasz go od czci i wiary… A gdybyś widziała, jak wy wyglądaliście przed chwilą… Jak on na ciebie patrzył! Ja nie chcę się mieszać, sama najlepiej wiesz, co robisz, ale ja nadal nie mogę uwierzyć, że to wszystko jest takie… beznadziejne. No, ale nic więcej nie mówię, nie chcę, żeby potem coś było na mnie…

Lodzia milczała, zupełnie jej nie słuchając. Szła z twarzą ukrytą w swoim bukiecie i wdychała zapach konwalii, który już na zawsze miał jej się kojarzyć z tym wiosennym dniem, szarpnięciem radości w sercu i potokiem światła płynącym z ukochanych oczu.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XII (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz