Lodzia Makówkówna – Rozdział XIV (cz. 1)

W sobotni poranek siedemnastego marca Lodzia obudziła się z potwornym bólem gardła i wysoką gorączką, co natychmiast uruchomiło alarm w całym domu. Wielka Triada na wyścigi znosiła jej do pokoju najrozmaitsze domowe medykamenty, począwszy od babcinego soku malinowego, przez rozgrzaną sól w skarpecie Ciotki Lucy aż po naparstek czerwonego wina własnej roboty, które w przekonaniu Mamusi było najlepszym antidotum na wszystko. Niestety, wino jeszcze bardziej ją rozgrzało i gorączka wzrosła na tyle, że trzeba było uciec się do łagodnych środków farmakologicznych typu aspiryna, to jednak również nie pomogło i po południu dziewczyna była już w naprawdę złym stanie. Gorączka nie ustępowała, gardło bolało ją coraz bardziej, a w dodatku była tak słaba, że ledwie mogła ruszyć ręką.

Szybka rodzinna narada zakończyła się jednoznacznym wnioskiem – Lodzię musi jak najszybciej zobaczyć lekarz. Ponieważ była zbyt osłabiona, aby wstać z łóżka i pojechać do przychodni, a w weekend możliwości skorzystania z usług służby zdrowia były dodatkowo ograniczone, Mamusia wezwała na prywatną wizytę znajomego lekarza, który od lat leczył kłopoty sercowe Babci.

– Muszę powiadomić Karola – jęknęła cicho rozgorączkowana Lodzia, kiedy Wielka Triada w zaaferowaniu szykowała ją na wizytę lekarza, układając jej pod głową świeżo przewleczone poduszki. – Mieliśmy jechać dzisiaj…

– Leż spokojnie, Lodziu, nic nie mów, ja zaraz zadzwonię do Emilii – obiecała troskliwym tonem Mamusia. – Ona wszystko przekaże Karolkowi, to przecież oczywiste, że nigdzie dzisiaj nie pójdziecie… Ty się w ogóle tym nie zajmuj, dziecino, nawet się nie ruszaj, już i tak jesteś osłabiona.

Lodzia uznała, że to słuszna rada, i cała rozdygotana opadła na poduszki. Od rana wiedziała, że nie pójdzie dziś do Anabelli, po głowie krążyła jej myśl, że powinna uprzedzić o tym Karola i Julkę, jednak nawet nie miała siły sięgnąć po telefon, leżała niemal bezwładna, walcząc z wysoką gorączką.

– Ja pójdę na dół i zadzwonię do nich, Zosiu – zaoferowała się Babcia.

„Zadzwońcie…” – pomyślała słabo Lodzia. – „Powiadomcie go…”

Kiedy przymknęła oczy, w głowie nagle jej zawirowało i zdało jej się, że frunie w jakąś dziwną przestrzeń. Otoczyła ją biaława, mleczna mgła… Przed oczami, jeden po drugim, migały jej obrazy różnych znajomych miejsc… szkolny korytarz, przystanek, z którego wracały z Julką do domu, ukwiecony ogródek przy domu… Nagle wszystko znikło i rozmyło się. Na tle tej samej mlecznej mgły zobaczyła ukochane, ciemne oczy… patrzyły na nią tak przenikliwie i tak czule… były pełne nieziemskiego światła… Gwiazdeczko – mówił łagodnie odbijany echem jego niski, ciepły głos. – Moja mała dziewczynko

– Bandziorku – jęknęła, odkręcając w bok na poduszce rozgorączkowaną twarz. – Mój kochany…

– Co ona mówi? – zdumiała się Mamusia, nachylając się czujnie nad łóżkiem.

– Nie wiem, Zosiu – odparła równie zdziwiona Ciotka Lucy. – Chyba coś bredzi w gorączce… Ale niedługo będzie doktor, dzwonił i powiedział, że zaraz wyjeżdża do nas.

W umyśle Lodzi majaczyły się kolejne obrazy. Studniówkowy walc… biała, wilgotna od potu koszula, w którą z rozkoszą wtula twarz… cudowny dotyk jego ciepłego policzka na jej skroni… obezwładniający jak narkotyk uścisk jego ramion… Obiecaj mi, że będziesz tylko moja – szeptał gorąco ten sam najdroższy głos. – Tylko moja… moja… moja…

– Twoja! – niemal krzyknęła. – Tylko twoja – dodała cichutko, łapiąc powietrze spierzchniętymi wargami. – Obiecuję…

– Ona naprawdę bredzi! – przestraszyła się Mamusia. – Podaj mi termometr, Lucy, ja jej jeszcze raz zmierzę temperaturę… I chyba damy jej jeszcze aspiryny.

Teraz patrzyły na nią ciemne, poważne oczy pozbawione światła. Mylisz się, Lea – szemrał w jej uszach niski, cichy głos. – Mylisz się… cholernie się mylisz…

– Nie, nie! – szeptała, miotając się po poduszce. – Nie mylę się! Niestety! Tak bardzo bym się chciała mylić… tak bardzo, mój bandziorku…

Mamusia spojrzała ze zgrozą na Ciotkę Lucy.

– No, na szczęście już jedzie pan doktor! – zawołała Babcia, wpadając jak po ogień do pokoju Lodzi. – Dzwonił przed chwilą, Mareczek po niego wyjdzie… A ja nie mogę się dodzwonić do Emilii, Zosiu, próbowałam trzy razy i nie odbierają. Może ty jeszcze spróbujesz za parę minut?

– Spróbuję – skinęła głową Mamusia. – Przecież Karolek już się pewnie wybiera po Lodzię, musimy ich koniecznie uprzedzić…

– Trzeba pokroić pomidory! – domagała się słabym głosem Lodzia. – Nie, dżinnie… moich życzeń nie da się spełnić… Whisky z lodem poproszę!… Przykro mi, muszę to zdezynfekować jodyną… będzie szczypało… Ach, nie, lepiej niech pan nie schodzi po tej kracie… jeszcze pan stąd zleci! O tak, zatańczmy rock’n’rolla… mamy tylko kilka godzin…

– Ona przecież bredzi! – zaniepokoiła się Babcia. – Słyszysz to, Zosiu? Co ta dziecina wygaduje? Z nią jest naprawdę bardzo źle!

– Biedactwo – szepnęła Ciotka Lucy.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Dalsze części:

Rozdział XIV (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz