Lodzia Makówkówna – Rozdział XIV (cz. 3)

Obudziło ją rażące światło i cichy dźwięk rozmowy. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że podłączona pod kroplówkę leży na szpitalnym łóżku, w nogach którego stoją trzy osoby pochylone nad jakimiś papierami – wysoki mężczyzna w zielonym kitlu, w którym domyśliła się lekarza, biało ubrana pielęgniarka i Mamusia.

– Ostry przebieg, ale sytuacja już opanowana – mówił lekarz, przeglądając dokumenty. – Antybiotyk podany… Pani Asiu, rano trzeba punktualnie drugą dawkę.

– Tak, panie doktorze.

– Kroplówka trochę ją wzmocni, bo już zaczęła się odwadniać. Chyba nic nie piła przez cały dzień?

– Rano trochę piła – westchnęła Mamusia. – Potem już nie chciała, gardło ją bolało…

– Tak, na pewno, ale pić powinna mimo wszystko – zauważył lekarz poważnym tonem. – Zwłaszcza przy takiej gorączce.

Lodzia znów zamknęła oczy, ostrożnie przełykając ślinę. Gardło nadal mocno ją bolało, wcale nie mniej niż w domu. Za to gorączki już chyba nie miała, czuła się nieco lepiej, chociaż nadal była taka strasznie słaba… Nie wytężała już słuchu, by pochwycić treść rozmowy przy łóżku, gdyż jej myśli pobiegły w stronę Pabla.

„Bandziorku” – kotłowało jej się w głowie. – „Tak chciałam cię zobaczyć… Nie mogłam przyjść do Anabelli… Muszę powiadomić Julę… Rano… załatwię to rano…”

I zapadła w sen, który wydał jej się niezwykle krótki, jakby trwał zaledwie kilka minut. Jednak kiedy znów otworzyła oczy, był już dzień, przez okno szpitalnej sali, na której leżała, wpadało wesołe, wiosenne słońce, gdzieś z tła dobiegały przyciszone rozmowy innych pacjentek, a po korytarzu biegały pielęgniarki, podzwaniając kluczami lub szklanymi kieliszkami na aluminiowych tacach. Kroplówka, pod którą była podłączona, kończyła się, niewykluczone, że to nie była ta sama co w nocy, tylko już kolejna.

„Ale się rozchorowałam!” – pomyślała z lekkim zdziwieniem. – W piątek jeszcze byłam zdrowa, a wczoraj od razu szpital! Ciekawe, ile mnie tu potrzymają…”

Znów przypomniała sobie o spotkaniu w Anabelli, na którym miała wczoraj być. Julka z Szymonem pewnie byli, ale przez tę gorączkę nie zdołała im przekazać, że jest chora. Tylko Karol wiedział, co się stało, jednak on przecież nie miał do nich numerów telefonu…

„Muszę jak najszybciej skontaktować się z Julą” – pomyślała. – „Teraz już i tak za późno, ale lepiej późno niż wcale. Ciekawe, gdzie są moje rzeczy, mój telefon…”

Z trudem podnosząc głowę, zerknęła na szafkę obok łóżka, ale stały tam tylko jakieś fiolki, a na srebrnej tacce leżał termometr. Próbowała wychylić się, żeby otworzyć szafkę i zajrzeć do środka, jednak przy pierwszej próbie zakręciło jej się w głowie i opadła na poduszki, a przed oczami zatańczyły jej cienie.

Do sali weszły trzy pielęgniarki, aby podać pacjentkom leki, jedna z nich podeszła do jej łóżka. Była to ta sama kobieta w bieli, którą widziała w nocy.

– Jak pani się czuje, pani Leokadio? – zapytała życzliwie, widząc, że dziewczyna otworzyła oczy. – Lepiej troszkę?

– Słabo mi – szepnęła Lodzia. – W głowie mi się kręci…

Pielęgniarka nachyliła się nad nią i przyłożyła chłodną dłoń do jej czoła.

– Zaraz zmierzymy temperaturę i podamy leki – powiedziała uspokajającym tonem. – Odłączam już pani kroplówkę, zobaczymy, co doktor powie, może już wystarczy. O dziewiątej będzie obchód.

– Proszę pani? – szepnęła błagalnie Lodzia.

– Słucham, co się dzieje?

– Czy moja mama zostawiła tu gdzieś moje rzeczy? Dokumenty, telefon…

– Zobaczmy – pielęgniarka zajrzała do szafki Lodzi, przejrzała szufladę. – Tu ma pani ubrania… jakieś soki… chusteczki, sztućce… nie, nie widzę żadnych dokumentów. Telefonu też nie ma. Może mama zapomniała zostawić? Wczoraj była bardzo zdenerwowana.

– Niedobrze – jęknęła Lodzia. – Ja muszę jakoś powiadomić przyjaciół…

– Spokojnie, pani Leokadio, tylko spokojnie – mówiła łagodnie pielęgniarka, zakładając jej termometr i spoglądając na zegarek. – Proszę spokojnie leżeć i nie denerwować się. Zdąży pani ze wszystkim, na razie jest pani jeszcze bardzo słaba…

Lodzia nie umiała się nie denerwować. Myśl o tym, że jej telefon z zapisaną tam siecią kontaktów został w posiadaniu Wielkiej Triady, była nie do zniesienia. Poza tym brak telefonu oznaczał przede wszystkim brak kontaktu ze światem… Miała nadzieję, że Mamusia przyniesie jej dziś te rzeczy, jednak niemożność przypomnienia jej o tym była bardzo męcząca.

„W szkole też mnie jutro nie będzie” – pomyślała z rezygnacją. – „I pewnie przez cały tydzień… co najmniej. Akurat na najważniejszej serii fakultetów…”

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział XIV (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz