Lodzia Makówkówna – Rozdział XIV (cz. 6)

Poranne słońce rozświetlało wesołym światłem szpitalną salę. Lodzia obudziła się nadal bardzo słaba, znów niemal nie mogła się ruszyć i wciąż bolało ją gardło.

„Chyba nie wyciągnę się z tego za szybko” – pomyślała z żalem. – „Rozłożyło mnie kompletnie. Potrzymają mnie tu ze dwa tygodnie, do świąt co najmniej… a niech to! Byle mama albo ciocia przyniosły mi tę ładowarkę, przecież ja tu zwariuję bez kontaktu ze światem!”

– Pani Leokadio, podajemy leki – powiedziała pielęgniarka, ta sama, która towarzyszyła lekarzowi pierwszej nocy. – Jak pani się czuje? Chyba nadal nie za dobrze, jak widzę?

– Tak sobie – westchnęła Lodzia.

– Ale gorączka minęła, to najważniejsze – uśmiechnęła się życzliwie pielęgniarka. – Doktor obejrzy panią na obchodzie, już przyszły wyniki z laboratorium.

– Coś złego tam wyszło? – zapytała słabo Lodzia.

– A nie wiem, nie zaglądałam, to już doktor zobaczy – odparła pielęgniarka, wstrzykując jej lek. – Dzisiaj poniedziałek, przychodzi nowa grupa praktykantów, proszę się nastawić na to, że obchód będzie długi.

– Nie wie pani, czy dzisiaj wpuszczą do mnie moją mamę albo ciocię? – zagadnęła ostrożnie Lodzia. – Czuję się już odrobinę lepiej niż wczoraj… tylko ciągle mi słabo.

– Porozmawiamy z doktorem – obiecała pielęgniarka. – Może już pozwoli. Da pani radę usiąść?

– Chyba jeszcze nie… Mam wrażenie, że jestem cała z waty.

– Słaba pani strasznie – przyznała pielęgniarka. – I blada jak ta poduszka… Boli panią gardło?

– Boli jeszcze.

– Zje pani coś na śniadanie? Wczoraj nic pani nie jadła, całą dobę tylko na kroplówkach…

– Nie, dziękuję – pokręciła głową Lodzia. – Nic nie przełknę, naprawdę. Nie dam rady.

– No nic, niech w takim razie doktor decyduje, co dalej.

Obchód zaczął się z opóźnieniem i rzeczywiście wyglądał imponująco, do sali wkroczył bowiem cały tłum. Znów większość składu stanowili ubrani w białe kitle studenci medycyny na praktykach. Podobnie jak wczoraj, wszyscy pod wodzą lekarza podeszli najpierw do dwóch pań z łóżek pod ścianą, gdzie zabawili łącznie ponad kwadrans. Lodzia nie zwracała na nich uwagi, zatopiona w myślach, czekając cierpliwie na swoją kolej. Wreszcie grupa podeszła do niej i stłoczyła się przy jej łóżku.

– Dobrze, co my tu dzisiaj mamy u pani Leokadii? – mruknął lekarz, biorąc do ręki jej szpitalną kartę i przeglądając ją w skupieniu. – Zobaczmy…

Po głosie rozpoznała, że był to ten sam lekarz, który wieczorem zlecał jej badania. Przeglądał w milczeniu podczepione do karty wyniki, zaś wokół niego stłoczyli się praktykanci. Lodzia spojrzała smętnie w ich stronę i… nagle dech jej zaparło na widok jednego z nich, który stał nieco na uboczu.

„Boże!” – błysnęło jej w głowie. – „To niemożliwe!”

Był to niezwykle przystojny młody mężczyzna o łagodnym spojrzeniu jasnych, pięknych oczu. Oczy te, jak i całą jego twarz Lodzia znała doskonale, niemal tak dobrze jak swoją własną – był to wuj Edward. Młody wuj Edward z zakurzonej fotografii, którą znalazła w grudniu na strychu! Ubrany w biały kitel jak reszta kolegów przysłuchiwał się uważnie słowom lekarza, który analizował wyniki Lodzi, pokazując je najbliżej stojącym osobom.

– No, tu mi się coś nie podoba, trzeba by zrobić jeszcze dodatkowe – mówił półgłosem, wskazując palcem jakieś parametry. – Tu w porządku…

Lodzia nie zwracała uwagi na jego słowa, nie odrywała bowiem oczu od niezwykłego zjawiska. Jej umysł w kilka ułamków sekundy wykonał wszystkie niezbędne operacje logiczne prowadzące do wniosku, iż oczywiście z racji wieku nie mógł to być wuj Edward we własnej osobie, a jedynie jego idealne, młodsze wcielenie – a zatem mógł to być jego syn! Jego syn, a jej kuzyn, jeden z dwóch, o których istnieniu dowiedziała się kilka lat temu, podsłuchawszy przypadkowo rozmowę Wielkiej Triady!

Leżała na poduszce jak zaczarowana, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami. Czy to naprawdę był potomek wyklętej linii rodu Makówków? Jego podobieństwo do młodego mężczyzny z fotografii było tak uderzające, że prawie nie miała wątpliwości, choć nie mogła wykluczyć, że był to tylko niesamowity zbieg okoliczności i że stojący w nogach jej łóżka człowiek nie miał z jej rodziną nic wspólnego. Jeśli to jednak był naprawdę jej kuzyn…

Rozświetlone promienistym blaskiem oczy bledziutkiej pacjentki spoczywającej na wpół bezwładnie na poduszce nie mogły nie przyciągnąć uwagi praktykanta, któremu tak intensywnie się przyglądała. Spojrzał na nią najpierw przelotnie, potem z większą uwagą, wreszcie, jakby zaskoczony i zdezorientowany jej zaintrygowanym wzrokiem, odwrócił głowę i nie spuszczał już oczu z lekarza.

„No przecież wuj Edward, wypisz, wymaluj!” – myślała Lodzia, analizując skrupulatnie jego rysy. – „Identyczny! Przystojny jak cholera i te oczy… te same, dokładnie te same!”

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5)

Dalsze części:

Rozdział XIV (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz