Lodzia Makówkówna – Rozdział XIV (cz. 8)

– Tak, Lodzieńko – mówiła stanowczym tonem Mamusia, wyciągając z torby soki i słoiczki z domowymi dżemami z truskawek. – Musisz jeść zdrowe rzeczy i szybko nabierać sił, a pani pielęgniarka mówiła mi, że ty nadal nic nie jesz. Soki nieruszone. Dziecko, przecież ty nic nie tknęłaś od soboty! Lekarz kazał ci jeść, a ty co?

– Próbuję, mamo – zapewniła ją Lodzia. – Na śniadanie zjadłam trochę płatków z mlekiem… ale gardło nadal mnie boli.

– Taka blada jesteś, że prawie cię nie widać – pokiwała głową Mamusia, przyglądając jej się z troską. – Jutro Mareczek przyjdzie, przyniesie ci tę ładowarkę. No, nie pomyślałyśmy o tym zupełnie, Lodziu, nie gniewaj się… Gdzie ty ją trzymasz, dziecko?

– W szufladzie w biurku – odparła z westchnieniem. – A pożyczyłabyś mi teraz swojego telefonu, mamo? Zadzwonię chociaż do Juli… Już jest po szkole, powinna odebrać.

– Proszę, Lodziu, oczywiście – Mamusia natychmiast sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej swój telefon. – Widzisz, nie pomyślałam… Ale za to dzwoniłam do Emilii!

– Aha – mruknęła Lodzia, wystukując na ekranie numer Julki. – I co?

– No jak to co! – wykrzyknęła Mamusia. – Dzwoniłam, żeby im powiedzieć, że z tobą już lepiej! Żeby Karolek się nie martwił!

– A martwił się? – uśmiechnęła się z niedowierzaniem Lodzia.

– Oczywiście! – Mamusia wydawała się niemal oburzona podejrzeniem, że mogłoby być inaczej. – Zmartwił się strasznie, jak mu w sobotę Emilia powiedziała, że jedziesz do szpitala… Odwiedzi cię, jak tylko trochę się podleczysz, już to z nią ułożyłam.

– Fajnie – odparła obojętnym tonem Lodzia. – Będzie mi bardzo miło. Mogę teraz dzwonić?

– Dzwoń, dzwoń, Lodzieńko, nie przeszkadzaj sobie…

Lodzia nawiązała połączenie z Julką. Co prawda rozmowa pod czujnym uchem Mamusi zapowiadała się bardzo niewygodnie, jednak musiała mimo wszystko skontaktować się z przyjaciółką, skoro odzyskanie własnego telefonu to była kwestia dopiero kolejnego dnia.

– Halo? – usłyszała głos Julki.

– Cześć, Jula.

– Lodźka! – wykrzyknęła zaskoczona Julka. – To ty?! Co się dzieje, gdzie ty w ogóle jesteś? Co z twoim telefonem, nie odbierasz od soboty! Nie byliście z Karolem u Majka! A dzisiaj nie było cię w szkole! Ja wczoraj nie mogłam zajrzeć do ciebie, bo byłam z rodzicami u babci, ale myślałam, że będziesz pod telefonem… Co się dzieje, umarłaś czy co? Trzeci dzień nie ma z tobą kontaktu!

– Ej, dasz mi w końcu coś powiedzieć czy nie? – zapytała uprzejmie Lodzia. – Jestem w szpitalu.

– W szpitalu?! – zawołała ze zgrozą Julka. – Co się stało?! Co ty znów wyprawiasz?!

– Poczekaj, daj mi mówić – jęknęła Lodzia. – Dzwonię z telefonu mojej mamy – dodała z naciskiem, dając do zrozumienia, że są na podsłuchu.

– Aha – odparła ostrożnie Julka tonem wskazującym, że złapała aluzję. – A co z twoim?

– Wyładował się, a nie mam w szpitalu ładowarki.

– Naprawdę jesteś w szpitalu? – nie mogła uwierzyć Julka.

– Naprawdę. Mam straszną anginę, już w piątek mnie brało, a w sobotę tak mnie rozwaliło, że wylądowałam tutaj.

– No właśnie. Nie byliście w Anabelli. Muszę ci coś powiedzieć… – ściszyła głos.

– To może później – przerwała Lodzia, zerkając z niepokojem na Mamusię.

– Okej – zreflektowała się Julka. – W takim razie zadzwoń, jak odzyskasz swój sprzęt. Jak ty się w ogóle czujesz?

– Tak sobie – westchnęła Lodzia. – Jeszcze wczoraj miałam wysoką gorączkę, dzisiaj już jest trochę lepiej. Słuchaj… podeślij mi jutro lekcje na telefon, co? Dam ci znać smsem, jak już będę miała swój na chodzie. Mnie tu pewnie do świąt potrzymają…

– Gdzie leżysz, na Kraśnickiej?

– Nie, na Jaczewskiego. Właśnie się dziwię, dlaczego przywieźli mnie tutaj, to przecież dużo dalej od nas i nie nasz rejon. Jeszcze tu nigdy nie byłam. Leżę na laryngologii, nawet nie mogę się z łóżka ruszyć… Odezwę się jutro po południu, to wtedy sobie dłużej pogadamy.

– Jasne, Lodźka. W takim razie trzymaj się, nie będę cię już dłużej męczyć. Odpoczywaj i lecz się jakoś.

– Robię, co mogę – uśmiechnęła się blado Lodzia. – Na razie, Jula, do usłyszenia jutro, pa!

Oddała telefon Mamusi i bezsilnie opadła na poduszkę. Ta krótka rozmowa telefoniczna okazała się dla jej wycieńczonego organizmu wysiłkiem ponad normę, czuła się po nim, jakby przewaliła ręcznie tonę węgla.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XIV (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz