Lodzia Makówkówna – Rozdział XIX (cz. 7)

Sięgnął dłonią do stacyjki, aby uruchomić silnik, ale zawahał się jeszcze i znów spojrzał na dziewczynę. Jego oczy błysnęły w półmroku… Serce Lodzi zabiło mocniej, przypomniała jej się bowiem chwila, kiedy widziała ten charakterystyczny błysk po raz pierwszy. To również było w samochodzie, tamtego pamiętnego, styczniowego popołudnia, gdy bandzior odwoził ją do domu po dostarczeniu do szkoły makowca. Wtedy ów gorący płomyczek w jego oczach zmieszał ją i zaniepokoił, dziś przeciwnie – sprawił jej głęboką przyjemność.

– Ale najpierw muszę jeszcze coś ci powiedzieć – rzekł Pablo, zniżając głos. – Taki jeden banał, który już tyle razy cisnął mi się na usta… Chcę, żeby wybrzmiał właśnie dziś. Teraz, zanim ruszymy i będę musiał patrzeć na tę cholerną drogę.

– Co takiego, bandziorku?

Nadal wpatrzony w nią z zachwytem, przechylił się lekko w jej stronę i dotknął delikatnie jej policzka wierzchem swojej dłoni. Patrzył na nią oczami pełnymi ognia, lecz w ich głębi było coś jeszcze… ten sam jasny blask, który widziała w nich w szpitalu i który wydawał się prześwietlać i odkrywać przed nią nieznane nikomu zakamarki jego duszy.

– Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie, Lea – wyszeptał. – Tak piękną, że to aż boli.

Lodzia spuściła oczy, zmieszana tym nokautującym komplementem. Ów cichy szept i nastrój zapadającego zmroku sprawiły, że poczuła się jak we śnie. Drżała teraz cała pod delikatnym dotykiem jego dłoni na swoim policzku… serce biło jej mocno… krew krążyła wartko w żyłach, niosąc po całym ciele znajomą słodycz… jego bliskość odurzała ją, kusiła, rozpalała w środku jak ogień… Znów czuła tę obezwładniającą moc zmysłowej, męskiej aury, która przyciągała ją do niego od samego początku. On… znów on i tylko on… on jeden na świecie. Był tuż obok, czekał na jej gest… Wystarczyłoby podnieść głowę, pochylić się odrobinę w jego stronę, poddać się wreszcie mocy tego niewidzialnego, potężnego magnesu i rzucić się na oślep w otchłań szczęścia… Nie odważyła się jednak.

Na kilka sekund w samochodzie zapadła idealna cisza.

– Jedźmy już, Pablo – szepnęła cichutko Lodzia.

– Jedziemy, kochanie.

Cofnął rękę i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaszumiał miarowo, samochód ruszył wąskimi uliczkami jej osiedla. Jechali w milczeniu… Lodzia przypomniała sobie studniówkowy wieczór, kiedy wiózł ją dokładnie tą samą drogą.

„To dzieje się naprawdę…” – myślała w poczuciu odrealnienia, spoglądając, jak kiedyś, na jego dłoń spoczywającą na drążku zmiany biegów. – „Jesteśmy tu razem, znowu razem…”

Mijały minuty, a oni nadal milczeli. Jednak ta cisza jej nie ciążyła… Otulała jak bawełniany kokon te ulotne, a dla niej niezapomniane już nigdy słowa, które wybrzmiały z ust ukochanego mężczyzny i jeszcze szemrały łagodnym echem w jej uszach… Wiedziała, że powiedział to poważnie i rozumiała wagę komplementu. Wyartykułował to, co od dawna czuła w jego zachowaniu i widziała w jego oczach. Podobała mu się aż do bólu… To oczywiście mogło mieć różne znaczenia, ale Lodzia była dziś już w innym miejscu owej trudnej drogi rozwoju swych uczuć, którą przeszła od listopada. Dziś bardziej już mu ufała… Dziś, kiedy wypowiedział pod jej adresem te banalne w istocie, lecz jakże znaczące słowa, po raz pierwszy ośmieliła się nie odrzucić ich metodycznie jako żartu, blefu i słodkiej trucizny donżuana, lecz przyjąć je do serca i pozwolić się unieść rodzącemu się w duszy szczęściu.

Zerknęła na niego, on spojrzał na nią znad kierownicy i wymienili porozumiewawcze uśmiechy. Samochód sunął ulicami miasta, światełka migały im po twarzach, odbijały się w ich pełnych blasku oczach… Oboje wyglądali jak oświetleni od wewnątrz jakąś nadnaturalną poświatą. W powietrzu wisiało tyle pytań… tyle niedopowiedzeń… Ale przecież świat jeszcze się nie kończył! Jeszcze przyjdzie czas, żeby wszystko wyjaśnić, zrozumieć… A na razie trzeba cieszyć się chwilą, razem patrzeć na rozmigotane światłem ulice, oddychać tym samym powietrzem!

Lodzia przymknęła na chwilę oczy wtulona w miękki fotel samochodu, rozkoszując się bliskością Pabla i ogarniającą ją przy nim – jak zawsze, gdy był tuż obok – dziwną harmonią i spokojem. To było jak muzyka… zaczarowana muzyka sfer.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XIX (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz