Lodzia Makówkówna – Rozdział XIX (cz. 8)

– Powiedz mi, Lea – zagadnął neutralnym tonem Pablo, kiedy zbliżali się do ścisłego centrum miasta. – W środę jedziecie już w te góry, prawda?

– Tak – odparła, otwierając oczy i prostując się w fotelu. – Wyjeżdżamy w środę wcześnie rano.

– Rozumiem, że podstawiają wam jakiś autokar pod szkołę?

– Nie, nie mamy autokaru. Jedziemy pociągiem, zwyczajnie z dworca.

– Ach, pociągiem! – zdziwił się. – Myślałem, że szkolne wycieczki jeżdżą autokarami… To przecież dużo wygodniejsze rozwiązanie, zwłaszcza jeśli chodzi o bagaże. No i łatwiej opiekunom zapanować nad grupą.

– Przypominam ci, że my jesteśmy już dorośli – podkreśliła z urazą Lodzia, podnosząc dumnie głowę. – Nie trzeba nad nami panować.

Pablo zerknął na nią i parsknął śmiechem.

– Oczywiście, gwiazdeczko – skinął pojednawczo głową. – Nie gniewaj się, nie chciałem powiedzieć, że jesteście bandą rozwydrzonych nastolatków… Jednak pociąg jest dość niewygodnym środkiem transportu na takiej długiej trasie. Jesteś świeżo po szpitalu, a będziesz musiała dźwigać ciężkie bagaże, przecież dobrze wiem, jakie ty ilości pakujesz – dodał poważniej. – Mimo wszystko mogli wam zorganizować autokar, to będzie przecież długa i męcząca podróż.

„I już marudzi” – pomyślała z rozbawieniem Lodzia. – „Najchętniej złożyłby jakąś reklamację… Nie zdziwię się, jak zadzwoni do Bufona i wypomni mu ten karygodny brak organizacji!”

– Jestem już całkiem zdrowa, a to jest przecież szkolna wycieczka – zauważyła pogodnie. – Taka podróż pociągiem w grupie kolegów z klasy ma swoje niepowtarzalne uroki. Ty jesteś już stary i wygodnicki, bandziorku, więc tego nie rozumiesz, ale dla młodzieży taka formuła podróży jest w sam raz.

– Ach, ty złośliwa bestyjko! – zaśmiał się Pablo. – Będziesz mi teraz docinać przy każdej okazji na temat mojego wieku?

– Ty też mi docinasz, oprychu – wzruszyła ramionami. – Nie chciałeś podpisać mi papierów na whisky.

– I nie podpiszę – zapewnił ją stanowczo. – A jak dowiem się, że w górach piłaś whisky na dziko, cofnę też różne inne zgody i do tego powiem wszystko twojej mamie.

– No nie, ale z ciebie tyran! – roześmiała się Lodzia. – Zaczynasz być nie do zniesienia! Chyba będę musiała poddusić cię trochę warkoczem, żebyś się za bardzo nie panoszył!

– O, to jest świetny pomysł! – przyznał z satysfakcją. – Na warkoczu będę chodził jak na pasku… Ale sama widzisz, jaka jesteś niesłowna, ciągle mi to tylko obiecujesz i na tym się kończy. A tymczasem nieużywany środek dyscyplinujący przestaje działać. To dlatego tak ci się rozbestwiłem.

Dojechali już do śródmieścia i skręcali właśnie na parking.

– I tak sobie z tobą poradzę, bandziorze! – powiedziała wesoło Lodzia. – Mam już na tym polu całkiem spore doświadczenie. A jak piśniesz słówko o czymkolwiek mojej mamie, to uprzedzam, że marny twój los, od razu zostaniesz męczennikiem!

Pablo roześmiał się, zaparkował samochód, wyłączył silnik i światła, po czym spojrzał na nią, opierając ramię o kierownicę.

– Następnym razem w góry pojedziesz samochodem – oznajmił jej kategorycznym tonem. – Oczywiście standardowy bagażnik tego nie wytrzyma, ale pomyślę zawczasu o wrzuceniu czegoś na dach. Ułożymy tam te wszystkie twoje buty, torebki, kosmetyki, szczotki do włosów, termosy na zupę… Powinno się zmieścić. Jeśli nie, zamontujemy jeszcze przyczepkę.

– I co ty znowu wymyślasz, kuglarzu? – uśmiechnęła się rozbawiona Lodzia.

Wyciągnęła z kieszeni telefon i zerknęła na wyświetlacz, gdyż właśnie przyszedł sms.

– Organizuję wstępnie nasz jesienny wyjazd w Bieszczady – wyjaśnił spokojnie Pablo.

– Ach, nasz wyjazd? – powtórzyła słodko. – A czy szanowny pan pytał mnie o zdanie w tej materii?

– Przecież sama ustaliłaś to na studniówce – przypomniał jej beztrosko. – Co prawda wtedy myślałaś naiwnie, że pojedziesz tam z Karolem, ale teraz chyba już widzisz, że z powodów technicznych nie będzie to możliwe. Będziesz musiała skorzystać z usług wykwalifikowanego zastępcy. Karol zresztą zawsze coś zawali, a ja potem muszę po nim ratować sytuację… – westchnął. – No, ale nie narzekam, pogodziłem się już ze swoim losem.

– Ty krętaczu! – roześmiała się Lodzia, czując, jak jej serce ogarnia przyjemne ciepło na myśl o dalekiej podróży samochodowej u jego boku. – Ależ ty kombinujesz! W życiu nie widziałam większego farmazona… Ale chodźmy już, Pablo – dodała poważniej, chowając telefon. – Czekają na nas, Jula właśnie pyta, gdzie jestem. Zobacz, już po dziewiętnastej.

– Idziemy, perełko – uśmiechnął się Pablo, patrząc na nią wzrokiem pełnym blasku.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XIX (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz