Lodzia Makówkówna – Rozdział XV (cz. 4)

Obchód zaczął się punktualnie i tym razem prowadzony był przez starszą lekarkę, której Lodzia jeszcze ani razu nie widziała na oddziale. Studenci weszli jak zwykle gromadą. Artur pojawił się jako jeden z ostatnich, jednak nie patrzył w jej stronę, stanął z grupą kolegów przy łóżku jednej ze starszych pacjentek i słuchał w skupieniu uwag lekarki. Kiedy grupa podeszła do Lodzi i lekarka analizowała jej kartę, dziewczyna zanotowała, że młode wcielenie wuja Edwarda nadal trzyma się z boku i nie patrzy na nią.

„Ależ to jest dzikus!” – pomyślała z niezadowoleniem. – „I jak tu go zaczepić? Rzucić w niego butem, jak będzie wychodził czy co?… Przecież chyba widzi, że od trzech dni chcę z nim pogadać! Czy naprawdę za mało daję mu sygnałów?”

– Widać, że poprawa postępuje – uznała z satysfakcją lekarka, osobiście obejrzawszy jej gardło. – Pani… Leokadio. Co tam doktor mówił o wychodzeniu do domu? Po weekendzie można by już o tym powoli myśleć.

– Doktor mówił, że przed świętami mnie wypuści – odpowiedziała grzecznie Lodzia.

– Czyli akurat w przyszłym tygodniu – zauważyła lekarka. – Na to by wyglądało… Dobrze, dzisiaj nie zlecam żadnych badań, niech jutro doktor prowadzący zadecyduje, co dalej. Proszę dużo odpoczywać i nie przemęczać się, kontynuujemy leczenie jak dotychczas. Cóż… to by było chyba na tyle u pani… Idziemy dalej.

Grupa wylała się powoli na korytarz. Lodzia patrzyła z uwagą, czy Artur wyjdzie ze wszystkimi i czy chociaż w drzwiach odwróci się do niej jak wcześniej. Ku jej satysfakcji znów wyraźnie przepuszczał kolegów tak, by zostać na samym końcu, po czym, kiedy wszyscy już wyszli, nagle odwrócił się i szybkim krokiem podszedł do jej łóżka.

Uśmiechnęła się z ulgą, podnosząc się na łokciu, by przygotować się do rozmowy, jednak w tej samej chwili znieruchomiała jak rażona gromem, gdyż Artur niespodziewanie sięgnął za pazuchę swego białego kitla, wyciągnął stamtąd piękną, czerwoną różę i bez słowa położył na jej kołdrze. Spojrzała na niego z mieszaniną zaskoczenia i przestrachu, on zaś tylko uśmiechnął się do niej, odwrócił się i pośpiesznie wyszedł z sali.

„O szlag!” – pomyślała ze zgrozą Lodzia. – „A niech to… wszyscy diabli!”

Takiego zwrotu akcji zupełnie się nie spodziewała. Dopiero teraz dotarło do niej, jak głupio wyglądało jej zachowanie! Gapiła się wszak z taką przesadą na replikę wuja Edwarda, całkowicie ignorując, jakie to mogło mieć skutki… Myślała o nim przez cały czas jako o swoim kuzynie, prawie rodzonym bracie, zapomniawszy, że on przecież nie mógł mieć pojęcia, kim była ona! Do głowy jej nie przyszło, że to żywe zainteresowanie, jakie mu okazywała, aby za wszelką cenę nawiązać z nim kontakt, mogło być rozumiane inaczej, niż zamierzała, i że chyba właśnie zostało zinterpretowane nie tak, jak powinno…

„No to pięknie!” – pomyślała z niepokojem, biorąc różę ostrożnie w dwa palce, jakby bała się nią poparzyć, i odkładając ją na szafkę. – „Brawo, Lodziu, niezła skucha… Muszę jak najszybciej wyjaśnić to nieporozumienie, zanim on… cholera jasna, nie sądziłam, że to może tak zadziałać! A niech to diabli! Ale jestem głupia!”

Z jednej strony czuła wyrzuty sumienia, że nieopatrznie doprowadziła do tak niezręcznej sytuacji, w dodatku względem kogoś, na kontakcie z kim naprawdę jej zależało… lecz przecież nie w ten sposób! Z drugiej strony nie mogła uwierzyć, że jej zachowanie (głupie, bo głupie, ale przecież nic takiego nie zrobiła!) wywołało aż tak niefortunny efekt… Efekt, który jak najszybciej należało zetrzeć i zatrzymać!

Z ciężkim sercem włożyła różę do stojącego na szafce wazonu, dołączając ją do margaretek. Widziała tylko jedno wyjście z tej zagmatwanej sytuacji, mianowicie jak najszybsze nawiązanie kontaktu werbalnego z Arturem i wyjaśnienie mu wszystkiego, zanim on zacznie o niej za dużo myśleć… nie tak, jak powinien. Wcześniej miała nadzieję, że nim dojdzie do rozmowy na delikatny temat rodzinny, będzie mogła lepiej go poznać i wybadać stopniowo w niezobowiązującej pogawędce, jednak po tym szalonym geście z różą sprawa okazała się pilniejsza, niż myślała.

Dyskomfort psychiczny, w jaki wprawił ją ten niespodziewany incydent, był nie do zniesienia… Piękny kwiat, który otrzymała, budził w niej jedynie niechęć i wyrzuty sumienia, pomyślała ponuro, że ów gest ze strony takiego zabójczego przystojniaka przyprawiłby o szybsze bicie serca niejedną dziewczynę. Ale przecież jak na złość nie ją!

„Facet ma jeszcze większego pecha niż ja” – pomyślała w przypływie czarnego humoru. – „Głupszej sytuacji doprawdy nie sposób sobie wyobrazić. To chyba u nas rodzinne…”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział XV (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz