Lodzia Makówkówna – Rozdział XV (cz. 7)

Lodzia wzruszyła ramionami, jednak po chwili jakby coś sobie przypomniała i spojrzała z uwagą na przyjaciółkę.

– Ty, a co z tobą i z Szymkiem? Tylko mi nie mów, że dalej nic…

– Nie mówię – odparła Julka dziwnie cichym głosem.

– To znaczy, że?… – szepnęła Lodzia, wpatrując się w nią w natchnieniu.

Julka pokiwała powoli głową z porozumiewawczym uśmiechem.

– I ty nic nie mówisz?! – wykrzyknęła Lodzia, łapiąc ją z radością za ręce. – Dajesz mi nawijać o moich wygłupach, zamiast od razu powiedzieć o najważniejszym?! Gratulacje, Jula! Tak się cieszę! No, nie będę cię całować, bo jeszcze się ode mnie zarazisz… Ale powiedz Szymkowi, żeby zrobił to za mnie! – zaśmiała się, patrząc ze wzruszeniem na uśmiechniętą twarz Julki. – Wariatka, tyle gadamy, a ona nic nie mówi! Opowiadaj mi wszystko, i to szybko!

Dziewczyny na ponad pół godziny zatonęły w konspiracyjnej rozmowie. Trwałaby ona znacznie dłużej, gdyby nie to, że po upływie tego czasu do sali wparowała Ciotka Lucy z wielką siatką w ręce.

– Lodzieńko kochana! – zakrzyknęła od progu. – Jak ty się czujesz, dziecko?

Podbiegła do jej łóżka cała zdyszana i opadła na krzesło, z którego wcześniej na jej widok od razu poderwała się Julka.

– Dzień dobry – przywitała się grzecznie.

– A, dzień dobry, Julciu, dzień dobry – wysapała życzliwie Ciotka, wyładowując na szafkę rozmaite słoiki. – Jak to dobrze, że odwiedzasz naszą Lodzię, pewnie się tu nudzi, biedne dziecko… Zobacz, Lodzieńko, mam tu dla ciebie galaretkę truskawkową, zjesz sobie na podwieczorek do chleba, bo co to w tym szpitalu dają za porcje… Biegnę prosto z miasta, z sądu, bo właśnie dzisiaj z Klocią miałyśmy tę sprawę, no wiesz, ten wyrok!

Lodzia pokiwała smętnie głową, Julka spojrzała na nią z rozbawieniem.

– Co żeśmy się obie nadenerwowały, to nasze – sapała dalej Ciotka. – Ale wszystko dobrze się skończyło, Bogu dzięki! Jutro pojedziemy do pana mecenasa z jakimś podziękowaniem, bo strasznie się napracował… O, zobacz, Lodziu, a tu mam dla ciebie grzybki marynowane! Pyszne, same robiłyśmy w lecie z Zosią.

– Tego mi nie pozwolą jeść – zauważyła uprzejmie Lodzia. – Zbyt ciężkostrawne, lepiej weź to od razu z powrotem, ciociu.

– Co? A tak, może rzeczywiście – zgodziła się Ciotka, ładując słoik z grzybkami z powrotem do siatki. – No i właśnie Klocia zadowolona, bo skończyło się po jej myśli, zresztą od razu było wiadomo, że racja jest po naszej stronie. Ale to nie było takie proste, tak to wszystko pozałatwiać, Lodzieńko, ja ci mówię, tyle zachodu… A tu masz sok malinowy, to ci na pewno dobrze zrobi. Boli cię jeszcze gardło, drogie dziecko?

– Już nie, ciociu – odparła z uśmiechem. – Czuję się już całkiem dobrze, czasami tylko głowa mnie trochę pobolewa. Ale to może od tych leków, bo sporo ich dostaję.

– Biedna dziecinka, coś ty się nacierpiała! – pokiwała głową Ciotka, patrząc na nią ze współczuciem. – I zmizerniałaś, blada jesteś… Musisz więcej jeść! W tym szpitalu to cię na śmierć zagłodzą, ale już my ci doniesiemy dobrych rzeczy…

– Ciociu, już mi lepiej nic nie donoście, w szafce mi się te słoiki nie mieszczą – jęknęła Lodzia. – Przecież ja tyle nie zjem, już mi przedwczoraj mama jakichś dżemów naznosiła…

– To ja już chyba pójdę, Lodźka – odezwała się Julka, która obserwowała całą scenę z mieszaniną rozbawienia i współczucia. – Trzymaj się, jutro wyślę ci lekcje jak zwykle.

– Część, dzięki, Jula! – uśmiechnęła się Lodzia, odprowadziła Julkę wzrokiem do drzwi, po czym odwróciła się i zmierzyła krytycznym spojrzeniem piętrzącą się na szafce piramidę słoików. – Ciociu, litości, przecież tu nawet nie ma na to miejsca!

– To może te kwiatki przestawię na parapet? – Ciotka zerwała się z krzesła i dźwignęła wazon z kwiatami. – Więc to są te kwiaty, o których Zosia mówiła? Hmm… kto to mógł ci je przysłać? My się już całe trzy dni nad tym głowimy, bo skoro Karolek dopiero jutro się do ciebie wybiera…

– Naprawdę? – podchwyciła Lodzia z życzliwym zainteresowaniem.

– A tak, dziecinko, Emilia już go tam przygotowuje – oznajmiła Ciotka Lucy, patrząc z rozrzewnieniem na dziewczynę, po czym znów zerknęła na nieszczęsne margaretki. – Ale te kwiatki… naprawdę nie wiesz, kto to mógł?…

– Naprawdę nie wiem, ciociu – uśmiechnęła się słodko Lodzia. – Ale opowiedz lepiej jeszcze o pani Kloci, teraz to już przynajmniej będzie miała spokój, prawda?

„I my też” – dodała w myśli z satysfakcją.

– A tak, Lodzieńko, nareszcie! – rozpromieniła się Ciotka. – Zaraz wszystko ci dokładnie opowiem…

I przystąpiła do opowiadania historii najnowszych perypetii Kloci, co Lodzia tradycyjnie puszczała mimo ucha, zadowolona, że Ciotka zeszła chwilowo z tematu margaretek.

„Niedobrze” – myślała z niepokojem. – „One ciągle się tym pasjonują, od trzech dni analizują moje kwiatki! To zresztą i tak pół biedy, najgorsze jest to, co bredziłam w gorączce… Mama może nawet wszystkiego mi nie powiedziała. A ja już jestem tak przesiąknięta myślami o bandziorku, że pewnie tylko o nim majaczyłam…”

– No i tak to się skończyło, Bogu dzięki! – podsumowała Ciotka po blisko kwadransie monologu na temat Kloci. – Wielka ulga, mówię ci, Lodzieńko, wielka ulga!

– Świetnie, ciociu – mruknęła Lodzia.

– Ale co ja ci tam będę opowiadać o Kloci – Ciotka zniżyła konspiracyjnie głos – jak ty byś pewnie wolała o Karolku! Emilia mówiła Zosi, że bardzo się zmartwił, kiedy się dowiedział o tym twoim szpitalu… bardzo! Już pewnie nie może się doczekać, kiedy cię odwiedzi. A ty na pewno też tęsknisz… prawda, drogie dziecko?

– Oczywiście, ciociu – odparła beztrosko. – Oczy wypłakuję.

Ciotka spojrzała na nią z czułością.

– No, nie martw się, Lodziu, nic się nie martw, jutro go zobaczysz. Ileż to wy macie przeszkód! Najpierw on skręcił nogę, a ledwie wyzdrowiał, to teraz ty w szpitalu…

Lodzia westchnęła na znak, że istotnie jest jej ciężko na duszy.

– Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, prawda, dziecino? Bo wiesz co? – Ciotka pochyliła się do niej z miną spiskowca. – Ja ci powiem w tajemnicy… Zosia rozmawiała już wstępnie z Emilią o dacie waszego ślubu. I ustaliły, że to będzie druga sobota września.

Słuchająca jej dotąd z lekko kpiącym uśmiechem Lodzia nagle spoważniała.

– Druga sobota września? – powtórzyła z zastanowieniem.

Dałaby głowę, że gdzieś już słyszała o drugiej sobocie września, choć nie mogła sobie przypomnieć, gdzie i kiedy.

– Tak, Lodziu, to ósmego wypada, sprawdzałyśmy w kalendarzu – ciągnęła konspiracyjnie Ciotka. – Tylko nie mów nikomu, że już wiesz, pamiętaj! Ja ci to mówię w zaufaniu…

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XV (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz