Lodzia Makówkówna – Rozdział XV (cz. 8)

Następnego dnia czekała na obchód z duszą na ramieniu. Jednak kiedy grupa praktykantów na czele z lekarzem wlała się do sali, od razu zauważyła, że Artura nie było w ich gronie. Przyjrzała się dokładnie jego kolegom – byli ci sami, grupa nie zmieniła się, tylko on był nieobecny.

„No cóż” – pomyślała stoicko. – „Może to i lepiej? Przynajmniej tym nie muszę sobie dzisiaj zawracać głowy… Pewnie jutro przyjdzie, a nawet jeśli nie, to i tak go znajdę, niech tylko wyzdrowieję! Jula mi pomoże, razem poszukamy go na medycznym, da się to zrobić, skoro znam jego imię…”

Po obchodzie kiepski od wczoraj humor odrobinę jej się poprawił, lekarz zanotował bowiem kolejny etap poprawy jej zdrowia, obiecując, że po weekendzie porozmawiają o wypisie do domu. Choć na oddziale spędziła dopiero kilka dni, czuła się tu już jak w więzieniu, tym bardziej, że za szpitalnym oknem coraz piękniej rozkwitała wiosna, a padające na podłogę słońce kusiło swym migotliwym ciepłem.

Po siedemnastej na jej salę wkroczył Karol z wielkim bukietem czerwonych róż. Ubrany był w ten sam jasny garnitur co na podwieczorku zapoznawczym, lecz tym razem nosił go ze znacznie większą swobodą; rzucało się zresztą w oczy, że w całej jego postawie i zachowaniu nastąpiła od listopada duża zmiana na plus. Lodzia uznała, że wyglądał dziś wyjątkowo przystojnie.

– Zwariowałeś? – zaśmiała się, siadając na łóżku i podając mu rękę na powitanie. – Tak się wystroiłeś, że trudno cię poznać! I jeszcze te kwiaty… Przyszedłeś mi się oświadczyć czy co? Nie taka była umowa!

– Nie miałem innego wyjścia – odparł wesoło Karol. – Mama wyprawiła mnie do ciebie w tym rynsztunku, pewnie w porozumieniu z twoją, bo nie wiem, czy wiesz, że one ostatnio godzinami wiszą na telefonie. Pewnie znowu coś knują…

– Na pewno – machnęła ręką Lodzia, biorąc róże z jego rąk. – Ale to już ich problem. Powiem ci tylko… tak z najświeższych przecieków… że mamy już ustaloną nie tylko datę zaręczyn, ale i ślubu.

– Jasne – uśmiechnął się Karol, siadając na krześle przy jej łóżku. – Szkoda, że jeszcze dat narodzin dzieci nam nie zaplanowały…

– Dat nie, ale płeć owszem – zaśmiała się Lodzia. – Moja babcia liczy tylko na dziewczynki!

Karol parsknął śmiechem i pokręcił głową.

– One są wszystkie cztery naprawdę zdrowo walnięte… Ale mniejsza o to, coś się jeszcze wymyśli do końca kwietnia. Powiedz lepiej, jak ty się czujesz, Lodziu? Musisz opowiedzieć mi wszystko szczegółowo, bo będę zdawał relację z tej wizyty, a komisja na pewno każe mi udowodnić, że wykazałem odpowiednie zainteresowanie.

Lodzia roześmiała się.

– Co nie znaczy, że naprawdę nie interesuję się twoim zdrowiem – zaznaczył Karol. – Blada jesteś jak widmo… Kiedy cię stąd wypuszczą?

– Najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu – odparła, kładąc bukiet na szafce. – Dzięki za kwiaty, Karol. Muszę skombinować na nie jakiś wazon i wyeksponować je porządnie, bo do mnie przecież też przyjdzie komisja…

– Widzę, że jedne już masz – uśmiechnął się, wskazując wzrokiem na stojące na parapecie, nieco już podwiędłe margaretki.

– Tak – westchnęła Lodzia. – I nawet już mi głupio prosić pielęgniarkę o kolejny wazon, ale co zrobić, będę musiała… Słuchaj, Karol, przepraszam cię, że tak wyszło wtedy w sobotę… że uprzedziliśmy cię dopiero w ostatniej chwili. Tak nagle mnie rozłożyło, że nawet nie miałam siły, żeby zadzwonić.

– No coś ty! – obruszył się Karol. – A pamiętasz, jak ja skręciłem nogę tuż przed twoją studniówką? To był dopiero kłopot! Dla mnie to nie był żaden problem z tą sobotą, wcale nie miałem ochoty tam iść… Poszedłbym, ale tylko ze względu na ciebie. Poza tym naprawdę się zmartwiłem, jak dowiedziałem się, że pojechałaś do szpitala. To zabrzmiało groźnie.

– Dostałam strasznej gorączki, to dlatego – tłumaczyła Lodzia. – A potem nie miałam przez trzy dni telefonu i tak głupio wyszło… Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. Nawet Jula nie wiedziała w sobotę, co się ze mną stało, nie miałam jak jej powiadomić.

– Aha, wiem – kiwnął głową Karol.

– Skąd wiesz? – uśmiechnęła się. – Masz zdolności telepatyczne?

Karol spojrzał na nią z lekkim zawahaniem.

– Nie… Ale wiem, że na nas czekali i martwili się. Ten twój cały Pablo do mnie dzwonił.

Serce Lodzi zabiło jak dzwon.

– Pablo? – szepnęła zaskoczona. – Jak to dzwonił? Miał twój numer?

– Miał. Wziął go ode mnie wtedy w Anabelli, jak kończyliśmy rozmowę. Zapomniałem ci to dopowiedzieć.

– Kiedy dzwonił? – wyszeptała ledwo dosłyszalnie.

– Wtedy, od razu – odparł Karol, przyglądając jej się z uwagą. – W sobotę.

– W sobotę…

– Aha. Zadzwonił zapytać, dlaczego nie przyszliśmy. Powiem ci, że był bardzo uprzejmy… ale jednak miał w głosie coś takiego, że cieszyłem się, że gadam z nim tylko przez telefon! – zaśmiał się lekko. – Wiedział, że Julia się do ciebie dobijała i że twój telefon nie odpowiadał… A jak mu powiedziałem, że pojechałaś w trybie nagłym do szpitala, to go na moment kompletnie zatkało.

– Mówił coś jeszcze? – zaszemrała słabo Lodzia.

– Pytał, gdzie dokładnie jesteś, w którym szpitalu, co ci się stało… Już innym tonem ze mną gadał, jakbym był jego super kumplem! – znów parsknął śmiechem. – Ale ja oczywiście nic nie wiedziałem, nie znałem wtedy jeszcze żadnych szczegółów… Więc podziękował mi grzecznie i tyle.

Lodzia patrzyła w podłogę, na której igrał promyczek późnego, popołudniowego słońca. Migotał lekko i ślizgał się po szpitalnym linoleum, a wraz z nim w jej sercu migotała cichutka, nieśmiała nadzieja… A więc Pablo od soboty, od samego początku wiedział, że była w szpitalu! Nie wiedział co prawda, w którym, ale w mieście jest ich tylko kilka… Gdyby zadał sobie trud, mógłby ją dość szybko odnaleźć. Wyszedł wzburzony od Majka natychmiast po telefonie do Karola…

Serce znów zabiło jej mocniej… jakoś inaczej, radośniej.

„A jeśli?…” – pomyślała ostrożnie. – „Jeśli on mnie od razu w sobotę szukał… i znalazł?”

– Mówię tylko, jak było – zaznaczył zachowawczo Karol. – Nie chcę wtrącać się w twoje sprawy, Lodziu. Nic nie wysypałem na twój temat, tak jak się umawialiśmy, powiedziałem tylko, że jesteś w szpitalu. W sumie czekali tam na nas, więc chyba wypadało powiedzieć…

– Jasne, Karol – uśmiechnęła się Lodzia, podnosząc głowę. – Bardzo słusznie zrobiłeś.

Jej pełen blasku wzrok padł na bukiet podwiędłych margaretek.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XV (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz