Lodzia Makówkówna – Rozdział XVI (cz. 1)

– Lodziu, będę u ciebie po szesnastej – oznajmiła przez telefon Mamusia. – Przywieźć ci jakieś dobre dżemiki?

– Nie, mamo, błagam, tylko nie to! – jęknęła ze zgrozą Lodzia. – Ja już tu kompletnie nie mam miejsca! Zresztą wystarczy mi to, co tu dają do jedzenia, nie muszę mieć dodatkowych zapasów.

– Dziecko, ale ty przecież musisz teraz dużo jeść – odparła z niezadowoleniem Mamusia. – Jak ty chcesz odzyskać siły na takich marnych, szpitalnych porcjach? Niedługo masz maturę, musisz jak najszybciej całkowicie wrócić do zdrowia.

– Mamo, ale naprawdę… przecież karmią mnie tu bardzo dobrze – westchnęła Lodzia. – Ja nie muszę jeść jak słoń, a na te słodkie dżemy już nie mogę patrzeć!

– To może przywiozę ci ciepłego rosołku w termosie? – nie ustępowała Mamusia.

– No dobrze – zgodziła się z rezygnacją Lodzia. – Rosołek może być. Rzeczywiście lepszego niż nasz domowy nie ma na świecie…

– Znakomicie, Lodzieńko! – ucieszyła się Mamusia. – Przywiozę ci cieplutki, zjesz sobie od razu. A teraz odpoczywaj jak najwięcej, bo na święta chcemy cię mieć w domu!

– Mam nadzieję, że tak będzie, mamo – uśmiechnęła się.

Było już po porannym obchodzie lekarskim, na którym oprócz dwóch oddziałowych lekarzy po raz pierwszy pojawił się ordynator Borowiecki. Osobiście obejrzał kartę Lodzi, zbadał jej gardło, z zadowoleniem stwierdził postępującą poprawę i obiecał, że jeśli tak dalej pójdzie, w Wielki Czwartek wypuści ją do domu. Z racji obecności ordynatora grupa praktykantów była jeszcze większa niż zazwyczaj, jednak Artura znowu nie było.

„On chyba rano jest zwolniony z obchodów, bo wieczorem biorą go na dyżur” – domyśliła się. – „Skoro wczoraj był… Ech! To byłaby przecież idealna okazja, żeby z nim zagadać! I akurat musiał przyleźć do nas, jak u mnie był Pablo! Wszystko przez tę panią Stefcię…” – zerknęła na starszą pacjentkę, która również spojrzała na nią i uśmiechnęła się życzliwie.

Lodzia odwzajemniła jej uśmiech, po czym oparła się na wysoko ułożonej poduszce i zapatrzyła się w błękitne niebo za oknem.

„Mój bandziorek…” – dumała. – „Byłby taki idealny, jak skrojony na miarę właśnie dla mnie. Tak się z nim wczoraj uśmiałam… wymyślił duszenie warkoczem! Ha! To by mu się podobało, chętnie by się bronił, o, nie wątpię w to… Marzy mu się dobieganie do mety i wspólne czytanie lektur do poduszki. Ależ to jest gagatek! A te jego oczy? Jak on potrafi patrzeć! I głos… kocham jego głos, zwłaszcza ten jeden ton, kiedy tak mruczy nisko jak kot…”

– Zaraz będzie obiad, pani Leokadio – zapowiedziała ta sama co wczoraj pielęgniarka, podając jej termometr. – Zmierzymy temperaturę, doktor kazał monitorować. Zjadła pani śniadanie?

– Zjadłam całe – pochwaliła się Lodzia. – I już jestem dużo silniejsza.

– To widać. Już pani nie jest taka upiornie blada… A pani gdzie tak znowu biega, pani Stefanio? – zdziwiła się, starsza pacjentka założyła bowiem kapcie i dreptała powolutku w ich stronę.

– A bo ja, pani kochana, chcę się przypatrzeć z bliska tej dziecinie – mówiła staruszka, podchodząc do łóżka Lodzi. – Tak sobie ją obserwujemy z panią Marysią od poniedziałku i podziwiamy, jakie to śliczne stworzenie! I taki długi warkoczyk ma, jak za mojej młodości się nosiło…

– Pani usiądzie sobie na krześle – uśmiechnęła się Lodzia.

– Tak, pani Stefciu, niech pani sobie usiądzie, bo jeszcze pani słaba – potwierdziła pielęgniarka. – Nie zimno pani?

– A skąd, pani Justysiu kochana, gdzież zimno… przecie tu gorąco na sali jak w piecu i jeszcze słońce świeci przez te szyby… – mamrotała pani Stefania, sadowiąc się z zadowoleniem na krześle. – Hmm… Jak to dziecina ma na imię? Leokadia?

– Tak – kiwnęła grzecznie głową Lodzia. – To takie dość staroświeckie imię…

– Piękne imię! – zakrzyknęła pani Stefania. – Mojej świętej pamięci siostrze tak było! Prawda, że teraz młodzi mają inne imiona… i wyglądają inaczej, takich długich włosów już się prawie nie nosi… A ten pan, co tu wczoraj w nocy był, tak pięknie zaplótł ci ten warkoczyk, dziecino, tak równiutko! Widziałyśmy przecież obie, jak się starał – dodała, zwracając się porozumiewawczo do pielęgniarki. – Aż miło było popatrzeć…

– To narzeczony – wyjaśniła pielęgniarka, zbierając tacę z lekami z szafki Lodzi.

Lodzia westchnęła, kręcąc głową z rozbawieniem.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Dalsze części:

Rozdział XVI (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz