Lodzia Makówkówna – Rozdział XVI (cz. 2)

– Ach, narzeczony! – zachwyciła się starsza pani. – No tak, oczywiście! Co prawda chyba dużo starszy od ciebie, co, dziecino? Ale co tam… starszy czy nie starszy, ważne, że kocha, prawda? Pokaż no ten warkoczyk… ależ piękny, tak elegancko ci go zaplótł! Powiedz mi, Lodziu… bo pewnie Lodzia na ciebie wołają?

– Tak – uśmiechnęła się.

– Powiedz mi, Lodziu, na co ty tu leżysz? Chyba nic poważnego?

– Tylko angina. Miałam dużą gorączkę i nie mogłam nic jeść, dlatego musieli mnie wziąć do szpitala. Ale doktor obiecał, że do świąt mnie wypuszczą.

– A to i my z panią Marysią mamy wyjść na święta – ucieszyła się pani Stefania. – Ech, już się tęskni do domu… Mam taką wnuczkę, w twoim wieku… bo pewnie masz nie więcej niż dwadzieścia lat?

– Dziewiętnaście.

– No właśnie, właśnie! Moja wnuczka ma dwadzieścia. Ale takie skaranie boskie, nosi się na te nowoczesne mody, buzię mocno maluje, włosy pofarbowała na jakiś straszny kolor, ścięła… I bez przerwy tylko z tymi chłopaczyskami gdzieś się włóczy, jak nie z jednym, to z drugim! Mówiłam córce i zięciowi, żeby coś z nią zrobili, ale tylko ręką machają i czekają, aż jej to przejdzie. Oj… oby przeszło jak najszybciej, bo co to za pomysł, żeby młoda panienka tak się zachowywała…

– Pani Stefciu, niech pani nie obgaduje wnuczki! – zaśmiała się pielęgniarka, idąc się do wyjścia. – Pani Leokadio, proszę trzymać termometr, wrócę za dziesięć minut i zapiszemy wynik w karcie.

– Dobrze, proszę pani.

– I tak patrzę na ciebie, dziecinko – ciągnęła pani Stefania – i nie mogę się napatrzeć… jaka ty jesteś inna od dzisiejszych dziewczyn, taka delikatna i śliczna… jak nie z tej epoki. I taka grzeczna, dobrze wychowana… aż serce się raduje, że jeszcze jest teraz taka młodzież.

– Dziękuję pani – odparła nieco zawstydzona Lodzia. – Tyle mi pani mówi komplementów, a niesłusznie, bo ja właśnie zawsze chciałam być nowoczesna. Chciałam nawet obciąć ten warkocz…

– A co też ty wygadujesz, dziecino! – żachnęła się starsza pani. – Takie piękne włosy!

W głowie Lodzi zabrzmiał z oddali ciepły, niski głos. Masz cudowne włosy, Lea

– Tylko że mama mi nie pozwoliła – dodała wyjaśniająco. – A teraz… teraz już sama nie chcę ich obcinać.

– I słusznie, dziecko, słusznie! Za mojej młodości nosiło się długie włosy, ale żeby tak piękny warkocz uhodować… oj, nie każdej to się udawało! Wręcz rzadko która miała takie wspaniałe włosy jak twoje. Chłopaki w szkole pewnie się za tobą oglądają, co?

– Tylko trochę – mruknęła Lodzia, przypominając sobie mimo woli Grzela i jego namiętne wyznania na szkolnym korytarzu.

– No tak, przecież masz narzeczonego – zreflektowała się pani Stefania. – Ale powiedz mi, Lodziu… tak wcześnie wychodzisz za mąż? Za mojej młodości dziewiętnaście lat to był najwyższy czas, ale teraz to się jednak rzadko zdarza. No, chyba że… konieczność – dodała, zerkając na nią na wpół niepewnie, a na wpół podejrzliwie.

– Nie, w moim przypadku nie ma takiej konieczności – zapewniła ją Lodzia, z trudem tłumiąc śmiech. – Po prostu mam w rodzinie tradycję, że dziewczyna powinna wyjść za mąż, zanim skończy dwadzieścia lat.

– Słuszna tradycja – zgodziła się starsza pani. – Na co tu czekać? Kiedyś tak właśnie było i połowy problemów dzięki temu się unikało. A teraz to zgorszenie z tą młodzieżą…

– Tak samo mówi moja babcia.

– I ma rację. Teraz młodym tylko szaleństwa w głowie, a z zakładaniem rodziny czekają do trzydziestki… albo i dłużej. Ty to co innego, od razu mi się spodobałaś, widać, że jesteś mądrze wychowana. A to kiedy, dziecinko, kiedy?

– We wrześniu – odparła żartobliwie Lodzia, przypominając sobie poufne uwagi Ciotki Lucy.

Jednak w tej samej chwili serce zabiło jej mocno, jakby ostrzegając, że wraz z tymi słowami w gwiazdach został zapisany złotym piórem nieodwołalny wyrok fatum…

– Niedługo – uśmiechnęła się pani Stefania. – Niech ci Pan Bóg błogosławi, drogie dziecko, żebyś była szczęśliwa. Bardzo miły się wydaje ten twój narzeczony. Sporo starszy, to prawda, ale może to i lepiej? Takie z ciebie delikatne stworzenie… przyda ci się silna, męska ręka. To od niego te wszystkie kwiaty?

– Tak… od niego – odparła wymijająco Lodzia.

– Dobrze wychowany człowiek, od razu widać, że dżentelmen. Ja już tamtym razem tak sobie pomyślałam… I piękne te niezapominajki ci przyniósł, taki duży bukiet! Ale nic… idę się położyć troszkę, Lodziu, bo już się zmęczyłam… Później sobie jeszcze porozmawiamy.

– Dobrze, proszę pani, będzie mi miło – odpowiedziała grzecznie Lodzia.

Pani Stefania dźwignęła się z krzesła i podreptała powolutku w stronę swojego łóżka. Lodzia uśmiechnęła się do siebie.

„Ale nakombinował, szachraj jeden!” – pomyślała z rozbawieniem. – „Nawet głupio teraz coś odkręcać przy tej pielęgniarce… A swoją drogą to pani Stefcia ma rację, ja chyba naprawdę jestem jak nie z tego pokolenia. Może to dlatego przez trzy czwarte życia czułam się nienormalna?”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1)

Dalsze części:

Rozdział XVI (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz