Lodzia Makówkówna – Rozdział XVI (cz. 3)

Na kwadrans przed spodziewaną wizytą Mamusi Lodzia wyładowała ze swojej szpitalnej szafki nieotwarte dżemy i zakąski przyniesione jej wcześniej przez Ciotkę Lucy, po czym poukładała je na blacie z zamiarem stanowczego zażądania, by zabrano je z powrotem do domu.

„Muszę mieć tu chociaż trochę miejsca” – pomyślała z irytacją. – „A one bez przerwy znoszą mi prowiant, jakbym była na jakimś zesłaniu. Nie mam już gdzie szklanki postawić, na parapecie kwiatki…”

Spojrzała z czułym uśmiechem na niebieszczące się na parapecie niezapominajki, przypominając sobie poprzedni taki bukiet, który chowała przed oczami Wielkiej Triady na oknie za firanką. I w tym momencie złapała się za głowę, jak gromem rażona myślą o tym, że przecież za chwilę wpadnie tu Mamusia! Mamusia, którą tak zdenerwowały poniedziałkowe margaretki…

„Cholera!” – zaklęła w duchu. – „Przecież jeśli ona zobaczy te kwiatki, to znowu będzie jazda, zacznie mnie wypytywać, będę musiała się tłumaczyć… Nie, nie mogę do tego dopuścić! Tylko co z nimi zrobić? Wyrzucić ich nie wyrzucę, nie ma mowy, to prezent od bandziorka… Muszę je gdzieś ukryć!”

Rozejrzała się po sali, jednak nigdzie nie było miejsca, w którym można by skutecznie ukryć taki duży bukiet bez wzbudzania podejrzeń towarzyszek spod ściany.

„Wiem, co zrobię! Zaniosę je na przechowanie do pokoju pielęgniarek!” – pomyślała w olśnieniu. – „Coś wymyślę, żeby wzięły mi je do siebie na te dwie godziny…”

Korzystając z tego, że pani Stefania drzemała w łóżku po obiedzie, a pani Marysia siedziała odwrócona do niej tyłem i dziergała na drutach, Lodzia wstała, wzięła do rąk wazon z niezapominajkami i cichutko wyszła z nim na korytarz. Zajrzała przez otwarte drzwi do dyżurki pielęgniarek, jednak nikogo tam nie zastała, wszystkie musiały być gdzieś na oddziale. Rozejrzała się w zdezorientowaniu i jej wzrok padł na wiszący w głębi korytarza przy windzie elektroniczny zegar. Wskazywał szesnastą zero cztery, Mamusia mogła nadejść w każdej chwili.

„No trudno” – pomyślała. – „Zostawię im tu te kwiatki, przecież mi ich nie wywalą… A jak tylko mama pójdzie, zgłoszę się po nie i znowu będą mogły stać u mnie.”

Zostawiła wazon z kwiatami w dyżurce, ustawiwszy go dyskretnie na szafce w rogu, po czym szybko wróciła na salę. Ledwie usiadła na łóżku, w głębi korytarza rozległ się szczęk otwierających się drzwi od windy i chwilę potem do sali wpadła Mamusia.

– Lodzieńko kochana! – wykrzyknęła od progu. – Przecież ty już dużo lepiej wyglądasz!

Podbiegła do niej i ucałowała ją wylewnie w oba policzki.

– Jesteś jeszcze trochę blada, ale to już co innego – cieszyła się, stawiając na krześle przyniesioną torbę. – Mam tu dla ciebie ciepły rosołek, zjedz sobie trochę od razu, to też cię wzmocni…

– Mamo, zjem, ale nie teraz, dopiero niedawno miałam obiad – westchnęła Lodzia. – Zostaw mi go tutaj, otworzę sobie przed kolacją.

– No dobrze, Lodziu, dobrze – zgodziła się Mamusia, patrząc krytycznie na górę stojących na szafce słoików. – Ale dlaczego to tu stoi? Nic nie ruszyłaś z tego, co Lucy ci przyniosła!

– Bo ja już mam dość tych wszystkich dżemów i słodkich soków, mamo – odparła stanowczo Lodzia. – Zostawiłam sobie dwa, a resztę zabierz, ja nie mam na to miejsca w takiej małej szafce.

– To na parapecie postaw… – zaczęła Mamusia, ale urwała, zahaczywszy wzrokiem o podwiędłe margaretki. – Aha, tu sobie kwiatki trzymasz – mruknęła niechętnie.

Jej wzrok przeniósł się z margaretek na bukiet róż i twarz od razu jej się rozjaśniła.

– Te róże to od Karolka, prawda? – zagadnęła z podstępnym uśmiechem.

– Tak – odparła grzecznie Lodzia. – Przyniósł mi je wczoraj. To bardzo miło z jego strony… i ze strony pani Emilii – dodała ciszej nieco złośliwym tonem.

Przypomniała sobie mimo woli Pabla drwiącego z ignorancji Karola na temat jej niechęci do róż. W istocie, sam był w tym względzie o lata świetlne przed nim…

„Jaki był zadowolony, że ma nad nim przewagę!” – pomyślała, nie mogąc stłumić uśmiechu. – „Jaki dumny z siebie… aż mu się oczy świeciły!”

– Oj, tak jej nie nazywaj, Lodziu! – upomniała ją Mamusia, obserwując z zadowoleniem rozjaśnioną twarz córki. – Wprawdzie to twoja przyszła teściowa, ale na razie jeszcze za wcześnie tak się spoufalać. To nie wypada.

Lodzia natychmiast nachmurzyła się i wzruszyła ramionami, przypominając sobie krytyczny wzrok matki Karola na podwieczorku zapoznawczym.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział XVI (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz