Lodzia Makówkówna – Rozdział XVII (cz. 3)

Wyszła z ulgą na korytarz i stanęła przy swoim ulubionym oknie z panoramą miasta. Niebo było niemal czarne i przeciążone sinymi, burzowymi chmurami, które groziły w każdej chwili ulewą, gdzieś z oddali dobiegło ciche pomrukiwanie grzmotu… Nadciągała jedna z pierwszych wiosennych burz.

Lodzia patrzyła z melancholią na półmroczny, ponury obraz miasta. Dostrzegła w oddali wieżę kościoła, niedaleko którego znajdowało się jej liceum, i poczuła, jak ściska jej się serce. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za rogiem Zamkowej, stała kamienica, w której mieściła się kancelaria Pabla, a ściślej kancelaria, w której pracował adwokat Paweł Lewicki. Człowiek z innego pokolenia, z innej galaktyki, a dziś najbliższy jej pod słońcem. Jej ukochany, jej jedyny… jej zakazany owoc.

Świat był taki inny, odkąd odkryła na nim jego istnienie! Jeszcze do niedawna jej życie było proste i nieskomplikowane, bardziej beztroskie, ale takie puste! Zastanawiała się, ile razy mijała go na ulicy, ile razy przechodzili obok siebie obojętnie, zanim wybiła godzina zero, zanim do jej drzwi zapukał skrwawiony bandzior, a ona zamknęła go tak głupio w schowku na szczotki. Przecież od trzech lat chodziła do tej szkoły, a on pracował tuż obok, oboje przemieszczali się po tych samych, krzyżujących się nieubłaganie liniach – on między kancelarią a swoim parkingiem, ona między szkołą a przystankiem. Musieli się niejednokrotnie mijać, na pewno się mijali! Jej jednak nigdy nie przyszłoby do głowy zahaczyć wzrokiem o elegancko ubranego trzydziestolatka, tak jak on nie mógłby zwrócić uwagi na drobną nastolatkę z warkoczem, o wyglądzie niemal dziecka. I nagle przypadek, Opatrzność, los, fatum… cokolwiek to było… sprawiło, że spotkali się, poznali, nawiązali kontakt… i że dziś kochała go całą mocą swojego młodego, dziewczęcego serca. Szaleńczo, bezgranicznie, ile fabryka dała… Właśnie jego i tylko jego. Bez żadnych możliwości obrony. Pomimo różnicy trzynastu długich lat życia i przepaści, jaka dzieliła ich ze względu na doświadczenie i pozycję w świecie. Pomimo świadomości, że miała być tylko jego kolejnym słodkim podbojem. Wbrew wszystkiemu.

„Jaka szkoda, że nie mogę zaufać mu jak Jula Szymkowi” – myślała ze smutkiem. – „Wtedy mogłabym z nim spędzić całe życie i byłabym taka szczęśliwa! Ale niestety… to nie ta droga, nie ten adres. Zaufać takiemu szubrawcowi, to jak wejść w ogień, o którym z góry wiadomo, że spala na popiół. Kocham go, ale nie nadaję się na gorące romanse i przygody, nie umiałabym tak złamać swoich zasad… U takich donżuanów wielka miłość trwa jakieś trzy miesiące, potem nadworny przystojniak ruszyłby sobie na dalsze poszukiwania, a ja bym się po tym nie pozbierała już nigdy. Nie, nie wejdę w to… Wolno mi go kochać tylko na dystans, tak, żeby o tym nie wiedział. Nosić po cichu w sercu jego obraz i jego imię. Pablo… Choć nie, przecież Pablo to tylko ksywka. On tak naprawdę ma na imię Paweł…”

– Paweł – wyszeptała cichutko i dziwna rozkosz ogarnęła ją na dźwięk jego prawdziwego imienia wypowiedzianego jej własnymi ustami. – Pawełku…

– Lodziu, tu jesteś! – zawołała Mamusia, podchodząc do niej z głębi korytarza. – A co to, taka burza się szykuje? – zdziwiła się na widok ciemnych chmur nad miastem. – Właśnie zamówiłam taksówkę, muszę się powoli zbierać, bo już po osiemnastej i wszystkich wyganiają.

Lodzia ocknęła się i spojrzała na nią nie do końca przytomnym wzrokiem.

– Przepraszam, mamo, zamyśliłam się. Już idziesz? Poczekaj, odprowadzę cię chociaż do windy…

– Tak, dziecino, tylko wezmę te moje torby – odparła w pośpiechu Mamusia. – Jutro nie będziemy już cię odwiedzać, bo mamy sprzątanie, ale może zadzwoń do Julci, żeby do ciebie wpadła? Nie będziesz się nudziła… A w czwartek Mareczek przyjedzie cię odebrać, dobrze?

– Dobrze – uśmiechnęła się.

Weszły na chwilę na salę, skąd Mamusia zabrała swoje brezentowe torby z pustymi termosami, słoikami i ręcznikami oraz innymi rzeczami do prania, które Lodzia zakwalifikowała do zabrania z powrotem do domu, po czym znowu wyszły na korytarz.

– Nie uwierzysz, Lodzieńko, ale na całym oddziale nikt nie ma rozmienić pięćdziesięciu złotych – mówiła z niezadowoleniem Mamusia, kiedy szły w stronę windy. – Pytałam już wszędzie, będzie mi strasznie głupio przed tą panią…

Lodzia słuchała w roztargnieniu, znów zatopiona w swych przepełnionych melancholią myślach. Jednak w następnym momencie nastąpiło brutalne przebudzenie, bowiem kilka kroków przed nimi szczęknęły drzwi windy i dziarskim krokiem wyszedł z niej… Pablo. Był swobodnie ubrany w jasne dżinsy, lekką, skórzaną kurtkę w stylu Majka i granatową koszulkę sportową, w ręku trzymał niewielki, okręcony szarym papierem pakunek. Lodzia zachwiała się na nogach jak rażona gromem.

„O, szlag!” – błysnęło jej w głowie. – „No to koniec ze mną!”

(c.d.n.)

Źródło: pixabay. com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział XVII (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz