Lodzia Makówkówna – Rozdział XVII (cz. 8)

Do sali zajrzała pielęgniarka z lekami dla pani Stefanii i stanęła w progu jak wryta na widok znajomej pary pochylonej nad dymiącym jeszcze lekko rosołem. Jedli dwiema łyżkami z jednego talerza, niemal stykając się głowami, i wymieniali przy tym półgłosem jakieś żartobliwe uwagi. Ponieważ obie starsze panie drzemały spokojnie w swoich łóżkach, pielęgniarka odstawiła tacę z lekami na szafkę pani Stefanii i podeszła do łóżka Lodzi.

– A co pan tu znowu robi po godzinach odwiedzin? – zwróciła się do Pabla surowym tonem, choć widać było po jej minie, że z trudem powstrzymuje uśmiech.

Pablo podniósł głowę znad talerza.

– Jemy zupę – odparł rzeczowo. – Zgłosiłem się na obowiązkową sesję tuczenia i właśnie poddaję się zaplanowanej procedurze.

– Słucham? – zdumiała się pielęgniarka.

– Moja narzeczona preferuje miękkich tłuściochów – wyjaśnił jej z powagą, na co Lodzia omal nie zachłysnęła się połykaną właśnie łyżką zupy. – Jak pani widzi, jestem jeszcze daleki od ideału, dlatego muszę dostosować się do jej wymagań i nabrać odpowiedniej linii i proporcji. Dzisiaj właśnie przechodzę w tym celu kolejny etap tuczenia. Zaczynamy od rosołu, a skończymy na poziomkach i serniku z brzoskwiniami.

– Niech pani go nie słucha! – roześmiała się Lodzia, widząc minę pielęgniarki, która przeniosła teraz wzrok z Pabla na nią i patrzyła jak na ufoludka. – On tak się tylko wygłupia!

Pielęgniarka pokręciła głową z uśmiechem.

– Ależ pan jest niemożliwy – powiedziała do Pabla. – I znowu pan przyszedł po osiemnastej… Wie pan, że o tej porze powinnam pana natychmiast stąd wygonić?

– Ale nie zrobi pani tego, prawda? – uśmiechnął się czarująco. – Sama pani rozumie, że nie mogę uchybić zaleceniom. Dostałem rozkaz i muszę go wykonać, jak w wojsku. Wytyczne są takie, że mam być nie tylko miękkim tłuściochem, ale i przykładnym pantoflarzem… Za niesubordynację grożą mi straszne konsekwencje, między innymi uduszenie tym oto warkoczem – tu wskazał na warkocz Lodzi. – Jeśli więc pani nie chce mieć mnie na sumieniu, musi pani pozwolić mi zostać tu tak długo, aż moja tyranka zaspokoi na dziś swoją niepohamowaną żądzę dominacji.

– Pablo, przestań, zlituj się! – śmiała się Lodzia.

– Dobrze, niech pan jeszcze trochę posiedzi – zgodziła się rozbawiona pielęgniarka. – Ale co najwyżej do dwudziestej. Doktor nie będzie tu raczej zaglądał, ma dużo pracy papierkowej… Tylko bardzo państwa proszę, żeby nie hałasować. Pacjentki śpią, jednej muszę podać leki, ale może potem znów będzie się chciała zdrzemnąć… Więc proszę być cicho, dobrze?

– Oczywiście – odpowiedziała grzecznie Lodzia.

– Będziemy udawać, że nas nie ma – obiecał Pablo.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo i wrócili do jedzenia, podczas gdy pielęgniarka, kręcąc z uśmiechem głową, poszła w głąb sali podać leki pani Stefanii.

– Pablo, jesteś szarlatanem, jakiego świat nie widział – szepnęła Lodzia. – A z tą żądzą dominacji to już naprawdę przegiąłeś! No, nie śmiej się, tylko kończ rosół, krętaczu niemożliwy!

– Pyszna ta zupa, kochanie – przyznał Pablo, odkładając łyżkę na pusty talerz. – Dawno takiej nie jadłem, a szczerze mówiąc, dzisiaj nie miałem czasu na porządny obiad.

– No i jak ty tak możesz, bandziorku? – westchnęła Lodzia, patrząc na niego z wyrzutem. – Chyba chcesz zapracować się na śmierć, nawet na obiad szkoda ci czasu… To skandaliczne i niedopuszczalne. Powinieneś naprawdę regularnie meldować się na sesje tuczenia!

– Jeśli mam na nich dostawać takie specjały jak ten rosołek, to bardzo proszę – zgodził się wesoło. – Wykupię sobie najwyżej jakiś dodatkowy karnet na siłownię. Oczywiście jeśli dam radę w ogóle podnieść się z fotela po takich kulinarnych ekscesach…

Lodzia uśmiechnęła się, sięgając po kolejny termos i podając mu go do odkręcenia.

– To jeszcze nie koniec – zapowiedziała stanowczo. – Teraz otwieramy barszcz. Będzie cały dla ciebie, bandziorku. I ani mi się waż protestować, ty konsumencie batoników z automatu! Mam do tego świetne paszteciki, zaraz je rozpakujemy i zaczynasz drugą turę tuczenia, a ja idę płukać moje poziomki. A potem czeka nas jeszcze pomidorówka… Lubisz?

– To moja ulubiona zupa – uśmiechnął się Pablo, odkręcając ostrożnie termos z barszczem.

– Serio? – spojrzała na niego z zaskoczeniem. – Moja też!

Przelała barszcz na talerz i zdecydowanym gestem wręczyła mu łyżkę.

– Sama widzisz, kochanie – pokiwał głową, biorąc ją bez protestu z jej ręki. – Wszystko przez te nasze gwiazdy. Jesteśmy oboje skazani na życie w cieniu pomidora… To będzie obowiązkowy produkt w naszej lodówce, oprócz piwa dla mnie i mleka dla ciebie. A może założymy własną hodowlę, co ty na to? Będą rosły obok niezapominajek…

– Jedz, bandziorku, nie gadaj! – zaśmiała się Lodzia, rozwijając folię z pasztecikami, które w mgnieniu oka rozniosły wokół apetyczny zapach. – Masz tu cztery pyszne paszteciki i musisz je wszystkie ładnie zjeść razem z tym barszczem, bo inaczej nie dostaniesz deseru!

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XVII (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz