Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 1)

– Powiedz mi, dziecinko – zagadnęła Lodzię pani Stefania, sadowiąc się na krześle przy jej łóżku. – Jutro już wychodzisz?

– Tak – uśmiechnęła się. – I bardzo się z tego cieszę, już mi się tu strasznie nudzi.

– Oj, tak, na pewno – pokiwała głową starsza pani. – Taka młodziutka dziewczyna! Już ci się tęskni za światem… Ile tu już jesteś? Chyba ze dwa tygodnie?

– Prawie. Jutro minie dwanaście dni – odparła grzecznie.

– To i tak sporo – zauważyła pani Stefania. – My z panią Marysią jesteśmy jeszcze dłużej, już ponad trzy tygodnie. Doktor obiecał, że jeśli wyniki będą dobre, to może w piątek wypiszą nas do domu na święta… Ale ciebie tak tu wszyscy odwiedzali! Mama, tata, ciocia, koledzy jacyś… no i narzeczony. Pewnie już znowu za nim tęsknisz, co, dziecinko?

– Bardzo tęsknię – szepnęła Lodzia.

Uznała, że nie musi zbytnio kryć się przed panią Stefanią, którą jutro i tak definitywnie pożegna, a choć ta mimowolna autoryzacja Pablowego blefu gryzła jej sumienie, jednocześnie sprawiała jej głęboką, przewrotną przyjemność. Wystarczało tylko niczemu nie zaprzeczać…

– Nie dziwota, w szpitalu nawet nie można być sam na sam – przyznała współczująco pani Stefania. – I na tak krótko się spotykacie, na godzinę albo dwie… A właśnie, powiedz mi, dziecko, dlaczego on tak późno zawsze do ciebie przychodzi?

– Pracuje do wieczora – odpowiedziała z powagą Lodzia. – Przynajmniej ostatnio.

– A gdzie pracuje?

W tonie pani Stefanii zabrzmiała wścibska nuta typowa dla Wielkiej Triady i ich koleżanek z dzielnicy, Lodzia jednak ku własnemu zdziwieniu odkryła, że u tej starszej pani wcale jej to nie przeszkadzało ani nie irytowało.

– Jest prawnikiem – wyjaśniła. – Pracuje w kancelarii adwokackiej i czasami mają tam straszne zaległości… albo po prostu muszą przygotować się na następny dzień na jakąś trudną sprawę. Siedzą wtedy nad dokumentami do wieczora, czasami późnego.

– No tak… a potem jeszcze taki zmęczony przychodzi do ciebie do szpitala i zostaje do północy – uśmiechnęła się starsza pani. – No, ale co się dziwić? Gołym okiem widać, że bardzo cię kocha.

Lodzia pokręciła głową ze smutkiem.

– Do północy to nie – odparła, celowo pomijając drugą uwagę pani Stefanii. – Najdłużej był do dwudziestej drugiej, potem już jest przecież cisza nocna.

– Ale pierwszy raz jak był u ciebie, to posiedział do północy – stwierdziła stanowczo pani Stefania. – Ja go pamiętam, spać wtedy nie mogłam i patrzyłam na was, więc wiem.

– Ależ nie – uśmiechnęła się Lodzia. – Może myli go pani z kimś, kto przychodził do poprzedniej pacjentki z tego miejsca. Mój… znaczy on… – zacięła się lekko, nie bardzo wiedząc, jak ma się wyrazić – był u mnie tylko dwa razy i nigdy nie zostawał do północy.

Pani Stefania przyjrzała jej się przez chwilę i pokiwała głową.

– Bo ty wtedy gorączkę miałaś, dziecinko – powiedziała dobrotliwie. – Pamiętam, jak pielęgniarki do ciebie zaglądały, coś chyba majaczyłaś… i mówiły, że lek niedobrze działa. A on tak siedział tu przy tobie po ciemku, po włosach cię głaskał i tylko patrzył na ciebie jak zaczarowany…

Serce Lodzi zabiło mocniej… Przypomniały jej się mgliste majaki z samego początku pobytu w szpitalu, kiedy to wśród różnych scen z przeszłości wydawało jej się, że rozpoznaje głos Pabla rozmawiającego z pielęgniarką. Czyżby to nie był sen, a pogranicze snu i jawy? Czyżby był u niej, kiedy leżała w gorączce? Tak szybko znalazł ją w tym szpitalu… Więc nie tylko przysłał jej margaretki, ale był tu osobiście? Jakimś cudem wynegocjował, że wpuścili go w nocy? Siedział przy niej i gładził ją po włosach? Ach, tak! Pamiętała ten dotyk, wtedy myślała, że to jej się tylko śni… Implozja światła przeszyła jej umysł. Więc już wtedy przyszedł ją zobaczyć i został przy niej tak długo, choć była nieprzytomna! Dlaczego nic jej o tym nie powiedział?

– Nie pamiętam tego – powiedziała cicho. – Musiałam rzeczywiście mieć mocną gorączkę.

– Tak, dziecinko, i taka zabiedzona wtedy byłaś… – westchnęła pani Stefania. – Teraz to już wyglądasz jak okaz zdrowia, ale wtedy blada byłaś jak ściana. A on tak się martwił o ciebie, o wszystko pielęgniarkę wypytał, pamiętam, jak go uspokajała, że to nic groźnego… Aż się dziwiłam, że tak długo tu siedzi po nocy i że go nie wyganiają. I dopiero potem, jak ci ten warkocz zaplótł, to mi pani Justysia powiedziała, że to narzeczony. Zaraz sobie pomyślałam, że to dobrze o nim świadczy, bo tak w zdrowiu i w chorobie… zwłaszcza w chorobie najlepiej widać, czy uczucie jest szczere.

Lodzia ujęła w palce końcówkę swojego warkocza i bawiła się nią w zamyśleniu. Pani Stefania przyglądała jej się z uśmiechem.

– I nie dziwota, bo wyjątkowa z ciebie dziewczyna – dodała, kiwając głową. – A ja się jeszcze nieraz za was pomodlę, bo bardzo cię polubiłam… Pomodlę się w waszej intencji, żebyście zawsze byli szczęśliwi.

– Dziękuję pani – szepnęła mocno zmieszana Lodzia.

Sumienie szarpnęło ją ostrzegawczo, ogarnął ją wstyd. Blef poszedł chyba o krok za daleko, skoro ta życzliwa kobiecina obiecywała się nawet za nich modlić… Może należało wyjaśnić jej to jakoś, przeprosić? Jak jednak mogłaby sprawić przykrość tej miłej starszej pani?… Nagle w jej pamięci rozbłysła scena z ostatniego dnia lutego, gdy ona sama modliła się w kościele, a na marmurowe schodki przed ołtarzem padł niespodziewanie promień słońca, przenikając ukośną, barwną smugą przez witraż… Serce znów mocniej jej zabiło.

– Powiedz mi tylko, dziecinko, jak on ma na imię – ciągnęła pani Stefania. – Twoja mama coś wspominała, ale już nie pamiętam za dobrze… Chyba Karol?

– Nie – uśmiechnęła się blado Lodzia. – Karol to kto inny. On ma na imię Paweł.

Pani Stefania drgnęła.

– Paweł – szepnęła. – A wiesz, Lodziu, że i mój mąż tak miał na imię? Też mu było Paweł. Już od dziesięciu lat nie żyje, biedak… No to teraz już was dobrze zapamiętam oboje. Ciebie nie zapomnę, bo masz takie imię jak moja świętej pamięci siostra, a on mi się z kolei z moim Pawełkiem będzie kojarzył… Ech, jak to życie mija! – westchnęła, kiwając głową w zamyśleniu. – Starzy odchodzą, młodzi przychodzą… Niech ci się szczęści, dziecino.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz