Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 10)

– Ale z drugiej strony to tu jeszcze parę innych rzeczy nie pasuje – podjęła po chwili Mamusia. – Ja Emilii nic nie mówiłam, bo po co? Ale same wiecie… Pamiętacie te kwiatki w pudełku po cieście? Ja nie sądzę, żeby to było od Karola…

– Może od kogoś ze szkoły? – poddała Ciotka. – Już o tym przecież rozmawiałyśmy.

– Nie wiem, raz to tylko było, ale pamiętacie, jak ona się wtedy zachowywała – ciągnęła zafrasowana Mamusia. – A potem to, co bredziła w gorączce… Mnie to ciągle martwi, ona takie dziwne rzeczy mówiła!

– Ale to już ustaliłyśmy, Zosiu – powiedziała uspokajająco Babcia. – Byli z Karolem parę dni wcześniej w kinie, ona prawie nigdy nie chodzi do kina, więc wbiło jej się w pamięć i potem pewnie coś opowiadała z filmu… Takie gorączkowe majaki to się przecież z byle czego biorą.

– Może i tak – westchnęła Mamusia. – W każdym razie ona od paru miesięcy zachowuje się podejrzanie, właściwie od końca tamtego roku. Zaczęło się na pewno po tym podwieczorku zapoznawczym w listopadzie, wcześniej tego nie było.

– Ona już wtedy, na tym podwieczorku, jakoś dziwnie się zachowywała – przypomniała sobie Ciotka Lucy. – Tak biegała dookoła stołu z tym makowcem… siedziała jak na szpilkach, sok wylała… a potem przebierała się nie wiem ile, kiedy czekaliśmy z toastem. A pamiętacie jaką sukienkę założyła? W ogóle nic nie pasowało, jakaś strasznie rozkojarzona była…

– Tak, to prawda – przyznała Mamusia. – Nigdy wcześniej tak się nie zachowywała.

– No cóż, zakochała się od pierwszego wejrzenia – zawyrokowała ze znawstwem Babcia. – I niech mi ktoś powie, że to się nie zdarza…

– Ale co teraz będzie, jak ona się dowie? – zapytała złowrogo Mamusia. – Zaręczyny zaplanowane za niecały miesiąc! Przecież dziecko w rozpacz wpadnie, a jest świeżo po szpitalu. Jeszcze znów jej się jakieś choróbsko przyplącze…

– Więc lepiej na razie nic jej nie mówić, o nic nie wypytywać, niech najpierw całkiem wyzdrowieje – uznała Ciotka. – Zdrowie dzieciny w tym wszystkim najważniejsze.

– I to są właśnie mężczyźni! – prychnęła z oburzeniem Babcia. – Widzisz, Zosiu? Zawsze ci to powtarzałam. I co, nie miałam racji? Na szczęście Mareczek to co innego, złoto nie człowiek… Ale Lodzia już takiego szczęścia nie ma! Niby taki idealny wydawał się ten Karol, bo z dobrej rodziny, przystojny i podobno świetnie wychowany… A tu co? Już my widzimy dobrze, co! Niestały, fałszywy… jak każdy typowy samiec! I jak my mamy naszą dziecinę oddać takiemu parszywcowi? Tfu!

Lodzia z trudem tłumiła śmiech, bawiąc się trzymaną w palcach stokrotką.

– No, czekaj, czekaj, mamo – moderowała ją Mamusia. – To są na razie tylko domysły, nie możemy go od razu tak osądzić… Emilia też pilnuje, sprawdza i wszystko nam powie…

– Ale co powie, Zosiu, co powie! – westchnęła smętnie Ciotka Lucy. – Przecież gołym okiem widać, że sprawa źle wygląda, nie można na siłę szukać usprawiedliwień… Jak my byśmy mogły naszą kochaną dziecinkę oddać za mąż za kogoś, kto by jej takie przykrości robił? Przecież mnie by serce pękło!

– Wszystkim nam by pękło, Mareczkowi też – przyznała Mamusia. – On tak kocha Lodzieńkę! I my wszystkie przecież, to nasze oczko w głowie, nasza pupilka…

– Taka kochana dziecina, taka śliczna, taka grzeczna, mądra, wszystko umie… – wyliczała w zafrasowaniu Ciotka Lucy. – Powinna wyjść za mąż za jakiegoś królewicza, co by ją na rękach nosił, a nie za takiego zdrajcę i fałszywca, wilka w owczej skórze! A ona się w nim tak zakochała… mój Boże!

– O niczym na razie nie przesądzajmy – powiedziała ostrożnie Mamusia. – Obiecałam Emilii, że poczekamy, aż ona wszystko dyskretnie ustali. Nawet dobrze, że Lodzia jedzie na cały tydzień w góry, łatwo będzie sprawdzić, co Karol będzie wtedy robił, jak się będzie zachowywał… Będziemy miały jasność i zastanowimy się nad tymi zaręczynami, bo że ja dziecka nie oddam żadnemu niewiernemu draniowi, to oczywiste. Mowy nie ma!

Lodzia westchnęła cichutko, mnąc w palcach pozostałości stokrotki.

– I gdzie dla niej teraz szukać lepszego kandydata? – narzekała Ciotka Lucy. – Po pierwsze już zakochana, więc pewnie będzie długo cierpieć i płakać, zanim da się jej kogoś nowego przedstawić… Żeby nam się jeszcze gorzej nie pochorowała, biedactwo! A po drugie jak takiego naprawdę odpowiedniego znaleźć? Karol tak świetnie się zapowiadał, jak to ciocia przed chwilą powiedziała… przystojny, dobrze wychowany, zdolny, z perspektywami i z dobrej rodziny… tylko okazuje się, że bez zasad, a bez tego przecież ani rusz!

– I już są małe szanse, że zdążymy z jej ślubem przed dwudziestką – dodała ponuro Babcia. – Wrzesień już odpadnie, potem zima, a na wiosnę też nie wiadomo, czy coś się uda zaaranżować…

– Oj, ciociu, lepiej trochę dłużej poczekać, niż się naciąć – zauważyła Ciotka Lucy. – Wiadomo, że dobrze by było zachować tradycję, ale co poradzisz? To decyzja na całe życie, nie można dziecka dla tradycji popchnąć w jakieś nieszczęście…

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (11) (12) (13)


Dodaj komentarz