Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 11)

– Dobrze, więc na razie zrobimy tak – podsumowała stanowczym tonem Mamusia. – Lodzia jedzie w góry, Emilia obserwuje w tym czasie Karola, a my trzymamy rękę na pulsie. Na razie Lodzi ani słowa, żeby dziecko nam się nie załamało, niech sobie jedzie na wycieczkę, tak jej na tym zależy… Odpocznie sobie chociaż, formy nabierze, pooddycha górskim powietrzem, to jej dobrze zrobi. A potem się zobaczy. Chociaż ja to niedobrze widzę…

– I kto by pomyślał, że z tym Karolem będą takie kłopoty! – westchnęła Ciotka Lucy.

– Przecież tyle razy wam mówiłam, że tacy właśnie są mężczyźni! – fuknęła znowu ostrym tonem Babcia. – Bardzo trudno trafić na wyjątek, większość to dranie i świntuchy! Mój Henio świętej pamięci to był przynajmniej przyzwoity człowiek… Mareczek też nigdy nie zawiódł, ja może nie od razu się do niego przekonałam, ale teraz to bym sobie za niego rękę dała uciąć. Takich jak oni za wzór trzeba brać!

– Mój świętej pamięci Józuś też taki był – podkreśliła rzewnym tonem Ciotka. – Taki nieśmiały, taki delikatny… Ze świecą teraz takich szukać. Chociaż i tacy z charakterem są potrzebni, przyznasz, ciociu. Przecież nawet nasz Edzio…

Urwała, na chwilę znów zapadła cisza. Oparta ciągle o ścianę pod oknem Lodzia wyprostowała się czujnie i nadstawiła z zaciekawieniem uszu.

– Lucynko, i po co przypominasz? – powiedziała z wyrzutem Mamusia. – Mamie będzie przykro… Przecież wiemy, że Edzio jest aż za bardzo charakterny, a to wcale nie jest dobrze.

– On zawsze taki był – przyznała dziwnie cichym głosem Babcia. – Krnąbrny chłopak, co ja się z nim namęczyłam… I za nic miał nasze rodzinne tradycje, wszystko krytykował, wszystkiemu się przeciwstawiał… Ale przecież to dobre serce było! – westchnęła. – Może za bardzo się wtrącałam w te jego delikatne sprawy, może byłam za surowa… ale gdzież bym pomyślała, że tak się obrazi na zawsze! Nawet nie wiemy, gdzie teraz jest. A to przecież mój syn, moje dziecko…

Serce Lodzi zabiło gwałtownie.

„Babcia jednak żałuje!” – pomyślała gorączkowo. – „Ja tak podejrzewałam już wcześniej… ona by się chciała z nim pogodzić, nawiązać kontakt… A ja już przecież byłam na tropie! Że też tak głupio schrzaniłam sprawę z tym Arturem! Niech to diabli!”

– I mój brat – dodała ponuro Mamusia. – Co ja się go naszukałam! A jak wtedy raz udało się go wyśledzić, to zaraz potem wyprowadził się stamtąd, złośliwiec jeden. Jak kamień w wodę… Tylko ta sąsiadka mówiła, że spotkała go raz na ulicy z żoną i z dziećmi. Ja ich nawet nigdy na oczy nie widziałam…

– Ja też własnych wnuków nie znam – westchnęła Babcia. – Co prawda to chłopaki, ale już bym się nie czepiała, mamy przecież naszą kochaną Lodzieńkę… Zresztą ten jego wybór chyba nie był taki zły, skoro wytrwał przy nim pomimo kłopotów… Ja wtedy nie sądziłam, że to jest aż tak poważne! Gdybym wiedziała, to może inaczej bym z nim rozmawiała… To był błąd, niestety. A teraz nawet nie wiem, jak ci jego chłopcy mają na imię…

„Jeden to Artur” – uśmiechnęła się do siebie Lodzia. – „Byłabyś z niego dumna, babciu, zawsze chciałaś mieć lekarza w rodzinie.”

– Obaj już chyba są dorośli, jak tak dobrze policzyć – zauważyła Mamusia. – A Edzia tak dawno nie widziałam, że nawet nie wiem, czy bym go teraz rozpoznała…

– Może by go jeszcze raz poszukać? – poddała nieśmiało Ciotka.

– To bez sensu, Lucy – odparła Mamusia. – On nie chce nas znać, obraził się na śmierć. Wie przecież, gdzie nas szukać, tylko nie chce, uparciuch. Zawsze był taki uparty, ale tyle już lat minęło… Mógłby chociaż mamę odwiedzić, jeden raz się pokazać…

– No, już zostaw, Zosiu – zatrzymała ją Babcia. – My też potraktowaliśmy go nie tak, jak trzeba… Teraz najważniejsza jest sprawa Lodzi, nie ma nic a nic ważniejszego.

– Racja – przyznała Mamusia. – Ale tu już wszystko postanowione. Przyjrzymy się Karolowi, mam nadzieję, że Emilia nie będzie nic przede mną ukrywać. A Lodzi nic nie mówmy, aż wróci z tych gór. Potem zastanowimy się, jak ją delikatnie przygotować na ten cios… A zresztą może jeszcze wszystko się ułoży? Przecież ona w maju ma maturę, jak ona to będzie zdawać w takiej sytuacji, to ja nie wiem… Gdzie ona w ogóle jest? Poszła do siebie na górę?

– Chyba tak – powiedziała niepewnie Ciotka Lucy. – Zaraz pójdę sprawdzić. Biedna nasza dziecina… Czekaj, Zosiu, może już zamkniemy to okno?

Na te słowa Lodzia czmychnęła czym prędzej spod okna i pobiegła na tył domu, gdzie przystanęła wśród rabatek i palików na pomidory Babci, udając, że ogląda kwiaty.

„A więc tak się sprawy mają” – pomyślała z rozbawieniem. – „Karol za moimi plecami wymyka się na randki! To nam rozwiązuje sprawę, zanim wrócę z gór, problem zaręczyn sam zniknie, tylko jemu zdrowo oberwie się po uszach. Cóż, sam sobie winien, zdrajca jeden! Ale ten wuj Edward…” – spoważniała nagle. – „Więc on się na nie aż tak obraził! Na śmierć… Cóż, babcia musiała kiedyś dobrze dać mu popalić… A jednak mimo wszystko mi jej szkoda…”

Westchnęła na myśl o tym, jak przykry musiał być dla obu stron taki zastarzały rodzinny konflikt. Rozgorzało w niej gorące pragnienie naprawienia tego w jakiś sposób, podjęcia przynajmniej jakiejś próby w tym kierunku…

„Muszę pogadać z Julą, żeby pomogła mi poszukać Artura na medycznym” – postanowiła, siadając na ławce pod żywopłotem. – „Sama się zaoferowała, a ja nie mogę za bardzo za nim latać, bo jeszcze pogorszę sytuację. I tak jest niedobrze, wtedy mu te papiery tak poleciały na podłogę… i to oczywiście przy bandziorku, a on wszystko tak doskonale czyta!”

Jej myśli znów łagodnie skręciły w stronę Pabla i szara chmura osnuła jej czoło… W uszach zabrzmiał jej głos Mamusi, dosłownie sprzed chwili. Ja dziecka nie oddam żadnemu niewiernemu draniowi, to oczywiste… Te słowa uderzyły ją prosto w serce – jakby były o nim.

„Przecież on nie jest takim draniem” – myślała smutno. – „Nie wyobrażam sobie, że mógłby mnie naprawdę oszukać, zwieść i zniszczyć, nie mieści mi się to w głowie… Ale może go wybielam? Może jednak patrzę na niego przez różowe okulary, choć wydaje mi się, że jestem obiektywna i rozsądna? Przecież to wszystko, co dla mnie zrobił, wszystko, co się działo w tym szpitalu… A jeśli to był jednak ciągle tylko blef i słodkie polowanie?”

Szukająca Lodzi po całym domu Ciotka Lucy zajrzała do ogrodu i znalazła wreszcie zgubę siedzącą z zamyśloną miną na ławce pod żywopłotem. Pogodne wiosenne niebo odbijało się w modrych oczach dziewczyny, które lśniły jakimś smutnym blaskiem.

– Biedne dziecko – szepnęła do siebie Ciotka Lucy, kręcąc ze współczuciem głową.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (12) (13)


Dodaj komentarz