Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 12)

W tę straszną, przepłakaną niemal w całości noc Lodzia przeszła chyba najcięższą dotąd walkę z samą sobą. Wstrząśnięta rodzącą się nieubłaganie nadzieją, która jej relację do Pabla stawiała w innym świetle niż dotychczas, postanowiła otworzyć zamykaną dotąd na siłę puszkę Pandory i przeanalizować raz jeszcze bez niedomówień wszystko, co świadczyło na jego niekorzyść. Gorąco chcąc uwierzyć w to, że Pablo ją kocha, z całego serca pragnąc mu zaufać, zdecydowała się wejść w rolę nomen omen adwokata diabła.

W tę noc przypominała sobie zatem bezlitośnie i metodycznie wszystko, co mówili o nim jego kumple, co powiedział jej Grzelo, co wreszcie on sam mówił o męskiej niestałości, nazywając ją etapem poszukiwania. Każde z tych słów szarpało na nowo jej sercem, wbijało się w nie jak sztylet. Tym razem poszła jednak o kolejny krok dalej. Jej alter ego, adwokat diabła, z szatańskim uśmiechem na ustach zaprosił ją kpiącym gestem do wejścia tam, gdzie dotąd wejść nie potrafiła…

W tę noc wyobraziła sobie wszystko to, o czym wiedziała od początku, lecz o czym nigdy wcześniej nie chciała obrazowo myśleć i co spychała w najciemniejsze głębiny podświadomości po to, by nie cierpieć. Okrutna wyobraźnia podsuwała jej realistyczne wizje z jego przeszłości, z tych jego długich i bogatych poszukiwań. Widziała inne kobiety w jego ramionach… znajomy ogień w jego ciemnych oczach przeznaczony nie dla niej… płomienne pocałunki składane na innych ustach… dotyk jego ukochanych dłoni na innych ciałach… Obrazy te były dla niej tak bolesne, jakby widziała je naprawdę, jakby te wyimaginowane sceny rozgrywały się tu i teraz, przed jej oczami.

Teraz, gdy po wielu tygodniach ciężkiej walki ze sobą zaczynała dopuszczać myśl, że mogłaby zaufać Pablowi i oddać mu całą swoją przyszłość, świadomość rozrywkowego stylu, w jakim dotąd żył, stała się potworną torturą dla jej czystego jak łza serca. Cierpiała wobec tej okrutnej prawdy, skręcała się w kłębek gryziona zazdrością, płakała skulona na łóżku nad sponiewieranym wizerunkiem czystego i wiernego Rycerza z jej dawnych, dziewczęcych marzeń…

„Jak to strasznie boli!” – myślała, mnąc rozpaczliwie róg zmoczonej łzami poduszki. – „Więc tak smakuje zazdrość?… Jak to potwornie piecze, jak pali! Za bardzo go kocham, żebym mogła o tym myśleć spokojnie, chociaż nie mam do niego żadnych praw… Gdybym zobaczyła coś takiego naprawdę, chyba bym umarła!”

Dopiero kiedy wypłakała się do woli, gdy przetrawiła te wszystkie wizje napełniające ją piekącym bólem i poczuciem straty, zaczęła myśleć rozsądniej i tłumaczyć sobie, że to przecież było kiedyś, wcześniej, zanim się spotkali… że nie powinna mieć do niego o to żalu… że nie można się było dziwić temu, iż przystojny, przebojowy trzydziestodwulatek nie spędził dotychczasowego życia w klasztorze!

„On jest ode mnie dużo starszy” – dumała, patrząc w ścianę. – „Ma warunki, jest bardzo atrakcyjny… Gdyby przez tyle lat żył w celibacie, trzeba by się wręcz zastanawiać, co z nim jest nie tak. To w pewnym sensie normalne, że się bawił… poszukiwał… A skoro dotąd się nie ożenił, to widocznie taki był jego wybór, sam mi powiedział na studniówce, że jest wybredny i chce sprawdzić całą dostępną ofertę. Ech, gagatek, bałamut jeden!” – uśmiechnęła się mimo woli przez łzy. – „Ja go przecież kocham takiego, jaki jest! Podoba mi taki właśnie… temperamentny, gorącokrwisty… z tym jego zachłannym spojrzeniem i inteligentnymi żarcikami na wiadome tematy. Czy to ważne, co robił kiedyś? Jakie to ma znaczenie?”

Lecz oto znów na scenę wkroczył adwokat diabła i zapytał złośliwie… A teraz? czy jesteś pewna, że to nie dzieje się teraz?… Z wargami zagryzionymi niemal do krwi i boleśnie ściśniętym sercem wyobraziła sobie zatem Pabla spotykającego się z nią, a potem jadącego swym czarnym volkswagenem do innej… jednej czy wielu, nieważne. Adwokat diabła bezlitośnie podsuwał jej argumenty, które świdrowały jej duszę i piekły jak rozżarzone żelazo…

Jaką mogła mieć pewność, że była w jego myślach i pragnieniach jedyna? Opierała mu się już tak długo, przez kilka miesięcy nawet nie dała mu się pocałować. On pewnie nie był do tego przyzwyczajony… Taki gorący facet! Dlaczego miałby skazywać się na taką abstynencję? Niejedna ze znajomych dziewczyn na pewno nie miałaby nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu zabawić nadwornego przystojniaka… Czyż nie mógł działać jednocześnie na kilku frontach? Urabiać ją czułymi słówkami, a w międzyczasie…

I tu zdruzgotana, spłakana Lodzia zbuntowała się nagle i aż usiadła na łóżku.

– Nie! – wyszeptała gorąco. – Nie, nie wolno mi! O co ja go posądzam… teraz już przesadziłam! Przesadziłaś, Lodziu, jak wtedy w samochodzie…

Przed oczami stanęła jej twarz Pabla wpatrzonego w nią z czułością i troską, twarz rozjaśniona przejrzyście czystym blaskiem… jego oczy tak pełne światła, że na ich dnie widziała odbicie jego duszy… Na włosach poczuła dotyk jego dłoni, tak delikatny i ostrożny, że niemal nieśmiały… w uszach zabrzmiały jej jego ciche słowa… Moja gwiazdeczko… perełko…

„Nie, on taki nie jest!” – myślała żarliwie, zwracając się do wyimaginowanego adwokata diabła. – „Nie kłamie! Może sobie żartować, wygłupiać się, ale nie oszukuje mnie w ten sposób… Jak mogę tak o nim myśleć, bez przerwy posądzać go o fałsz! Jak mogę mu tak ubliżać, ciągle go tak strasznie mieszać z błotem! Nie wolno mi… jestem niesprawiedliwa…”

Łzy znów popłynęły jej z oczu kaskadą, lecz tym razem były to łzy niosące ulgę. Tak jakby te poprzednie, piekące jak rozżarzona lawa, wypaliły i zmyły złe myśli, przepłukały jej serce z nagromadzonego tam brudu podejrzeń i nieufności, pozwalając wreszcie płochliwym promykom słońca prześwietlić słabym światłem jej zbolałą duszę.

„Przyjrzę mu się jeszcze” – pomyślała nieco już uspokojona. – „Przyjrzę mu się tak samo jak pani Emilia Karolowi. Zobaczę, co dalej będzie robił, mówił… I jeśli dojdę do wniosku, że to nie są żarty… jeśli będę pewna, że naprawdę mnie kocha…”

Był już wczesny ranek. Znużona, wyczerpana ciężką nocą Lodzia zasnęła snem sprawiedliwego na poduszce mokrej jeszcze od łez.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (13)


Dodaj komentarz