Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 13)

– Jasne, że ci pomogę – obiecała Julka, kiedy usiadły na przerwie na podłodze pod ścianą i wyjęły kanapki. – Tylko będziesz musiała mi jeszcze raz pokazać tego wuja, przyjrzę mu się dokładniej. Pamiętam tylko, że był bardzo przystojny na tym zdjęciu…

– Nie tylko na zdjęciu – uśmiechnęła się Lodzia. – Artura widziałam w realu, a on wygląda dokładnie jak wuj, przystojniak palce lizać. Tylko coś z charakterem gorzej, strasznie dziki i jakiś taki nieśmiały… pewnie po matce. Ale już mniejsza o to, musimy go znaleźć, Jula! Ja wtedy w szpitalu odpuściłam, on zresztą pod koniec już nie chodził rano z obchodem, tylko dwa razy wieczorami widziałam go na oddziale. Pracował normalnie z lekarzami, musieli go wytypować z tej grupy studentów, pewnie jeden z najzdolniejszych.

– Trzeba go było mimo wszystko zaczepić – zauważyła Julka, nadgryzając kanapkę. – Ty przecież aż tak nieśmiała nie jesteś…

– No, nie jestem – przyznała Lodzia. – Gdybym była, to nie gapiłabym się na niego na początku jak idiotka i nie byłoby tych kłopotów. Ale nie miałam jak zagadać, uwierz. Na tych obchodach było pełno ludzi, a jak on się pojawił dwa razy wieczorem, to zawsze musiał się napatoczyć akurat wtedy, kiedy u mnie był Pablo.

– No coś ty! – zaśmiała się Julka. – Za drugim razem też? Nic mi nie mówiłaś!

– Bo nie myślałam o tym nawet za bardzo – odparła Lodzia, patrząc w zamyśleniu na swoją odpakowaną, ale nienapoczętą kanapkę. – To zresztą nieważne…

– Jak to nieważne? – zawołała wesoło Julka. – Nie widzisz, jak wam się z Pablem zawsze te przypadki układają? Od początku wpadaliście na siebie poza rachunkiem prawdopodobieństwa, a teraz on zaczyna tak samo wpadać na ludzi z twojego otoczenia. Sama mówiłaś, że rozmieniał twojej mamie pieniądze… Przecież to są jaja, że boki można zrywać! Ale czekaj, Lodźka… Pablo się zorientował, że coś tam jest na rzeczy z Arturem?

– Pewnie, że tak – uśmiechnęła się Lodzia. – Jemu nic nie umknie. A miny takie przy tym robi, że nie mam pytań… No, ale weź, Jula, co mnie to obchodzi, ja się przecież przed nim nie muszę tłumaczyć…

– Więc nie powiedziałaś mu, że to kuzyn? – zdziwiła się Julka.

– Żartujesz chyba! – obruszyła się Lodzia. – W ogóle o tym z nim nie rozmawiałam, niby po co? I nikomu jeszcze nic nie mówiłam… poza tobą. A gdyby okazało się, że jednak się pomyliłam? Ja ostatnio mam takie przypadki w życiu, że wolę to najpierw sprawdzić, już raz wystarczająco wygłupiłam się z tym aresztowaniem bandziora… Tak czy inaczej muszę jakoś odnaleźć Artura. Nie znam nazwiska, ale wiem przynajmniej, jak ma na imię, wiemy też, jak wygląda, wiemy, że jest na ostatnim roku na Uniwersytecie Medycznym, ma niedługo zdawać końcowy egzamin, był w szpitalu na Jaczewskiego na praktykach na laryngologii… To już są bardzo konkretne informacje!

– Czyli co, mam tam pójść i dopytywać o niego? – skrzywiła się Julka.

– Tak by było najlepiej… – westchnęła Lodzia. – Ja też bym z tobą poszła, ale wiesz… wolałabym, żeby nie dotarło do niego przed czasem, że go szukam, bo znowu sobie za dużo pomyśli i będą jakieś cyrki.

– Przecież nikomu nie będziesz się tam przedstawiać – wzruszyła ramionami Julka. – Zwiń sobie tylko ten warkocz, bo to twój znak rozpoznawczy. Nikt tam cię nie zna, więc bez warkocza będziesz całkowicie incognito. A jak spotkasz go osobiście, to natychmiast mu wszystko wyjaśnisz i sprawa będzie załatwiona.

– Masz rację! – przyznała Lodzia, patrząc na nią w olśnieniu. – Gdyby mu powtórzyli, że szukała go dziewczyna z długim warkoczem, mógłby to skojarzyć ze mną… ale jak powiedzą mu po prostu, że szukały go jakieś dwie dziewczyny bez znaków szczególnych, to żaden problem, nie będzie miał pojęcia, o kogo chodzi. Tak zrobimy, Jula! Musimy tam pójść jak najszybciej i trochę powęszyć… Tylko bez Szymka, jemu nic nie mów, okej? Same musimy. Kiedy byś mogła?

– No, właśnie teraz ciężko będzie – westchnęła Julka. – Bo przecież tylko dni robocze wchodzą w grę, a my od poniedziałku do piątku koczujemy w szkole… W tym tygodniu odpada, a za tydzień jedziemy w góry. Może po powrocie będzie trochę luźniej?

– Rzeczywiście – przyznała Lodzia. – Teraz się nie da, dopiero po wycieczce… A jak i wtedy nam nie wyjdzie, to trudno, zajmę się tym dopiero po maturze. Wtedy przynajmniej będę mogła się na tym skupić bez przeszkód. W sumie… babcia tyle lat czeka, to poczeka jeszcze trochę, a ja już postanowiłam, że tego nie odpuszczę. Tym razem…

Urwała, gdyż z głębi korytarza wyłoniła się wysoka sylwetka Grzela, który kierował się prosto w ich stronę, nie spuszczając oczu z Lodzi.

– Grzelo tu idzie – mruknęła ostrzegawczo Julka. – Gapił się na ciebie przez całą matmę, widziałaś? Oczu nie odrywał. Zaraz pewnie zaproponuje ci rozmowę na osobności.

– Przestań, Jula – wycedziła lodowatym tonem Lodzia. – Nie nabijaj się, tylko w razie czego pomóż mi… Czego on jeszcze ode mnie chce? Miałam się do niego nie odzywać…

– Stęsknił się, co w tym dziwnego? – odszepnęła z rozbawieniem Julka. – Tak długo byłaś w szpitalu…

Grzelo podszedł i zatrzymał się, patrząc z góry na siedzące pod ścianą dziewczyny.

– Cześć – rzucił. – Smacznego.

– Dzięki – uśmiechnęła się Julka. – Czegoś sobie od nas życzysz, Grzesiu?

– Nic takiego – odparł, nie odrywając wzroku od Lodzi. – Chciałem ci tylko powiedzieć, Lodziu, że cieszę się, że już wyzdrowiałaś.

– Dzięki – skinęła głową Lodzia.

Grzelo popatrzył na nią znacząco.

– I jeszcze chciałem ci powiedzieć, że gdybyś jednak zmieniła zdanie, to ja dalej czekam. W moich uczuciach nic się nie zmieniło… nawet po tamtym.

I nie czekając na odpowiedź, odszedł w głąb korytarza, rzuciwszy jej jeszcze jedno wymowne spojrzenie.

– Ty, o co mu chodziło? – zapytała cicho Julka. – Nadal pije do studniówki?

Lodzia milczała. Przed oczami stała jej pamiętna scena na ulicy sprzed półtora miesiąca i czerwona z jednej strony twarz Grzela. Dziś niemal nie mogła uwierzyć w to, że naprawdę go uderzyła. Uderzyła go za to, co powiedział o Pablu…

„Strzeliłam go po pysku za bandziorka” – pomyślała ze smutkiem. – „A przecież to, co o nim mówił, to była prawda, nawet jeśli wyolbrzymił ją i ubrał w zbyt ostre słowa. Walnęłam go po gębie, bo ta prawda mnie dotknęła i upokorzyła. Tak, to o to mi chodziło, to mnie tak wyprowadziło z równowagi… upokorzenie!”

– Zachowuje się jak nie on. Chory czy co? – dziwiła się dalej Julka. – Pamiętasz, mówiłam ci w szpitalu, że on się ostatnio podejrzanie uspokoił, ale myślałam, że przy tobie znowu da czadu. Pomyliłam się, jak widać. Tylko jedno się nie zmieniło… on cię nadal kocha! – zaśmiała się. – Zmienił formę, ale treść ciągle ta sama!

– Daj już spokój, Jula – fuknęła Lodzia. – To wcale nie jest śmieszne. O, dzwonek, lecimy na polski! Widzisz, przez to wszystko nie zdążyłam zjeść kanapki!

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Dalsze części:

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)


Dodaj komentarz