Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 4)

– Tato, siadaj z przodu – zarządziła Lodzia, kiedy wszystkie bagaże zostały komisyjnie zapakowane do bagażnika. – Ja idę na tył. Dziękuję, panie Pawle – uśmiechnęła się uprzejmie do Pabla, który szarmancko otworzył przed nią drzwi. – To bardzo miło z pana strony.

Pablo rzucił jej rozpromienione spojrzenie, po czym, korzystając z tego, że zajęty wsiadaniem do samochodu Tatuś nie patrzył na nich, ujął jej rękę i podniósł ją do ust.

– Cała przyjemność po mojej stronie, pani Leokadio – odparł z uśmiechem.

Zajęli miejsca, zapięli pasy bezpieczeństwa i czarny volkswagen ruszył z przyszpitalnego parkingu. Lodzia ze wzruszeniem przyglądała się z tylnego siedzenia dwóm siedzącym z przodu mężczyznom.

„Dwaj faceci, których kocham najbardziej na świecie” – myślała z czułością. – „Jadę z nimi w jednym samochodzie! Teraz już rozumiem, dlaczego ten szubrawiec miał takie fory na oddziale i mógł sobie wchodzić, kiedy chciał. Niby go te pielęgniarki wyganiały, a tak naprawdę przymykały oko. Oddały mi do dyspozycji chyba wszystkie wazony, jakie miały pod ręką… A ordynator plótł farmazony o tym ptasim mleczku!”

Przypomniała sobie końcówkę rozmowy Pabla z lekarzem.

„Więc mają układ, że rozliczają się na planie zawodowym” – domyśliła się. – „Ordynator potraktował mnie na oddziale priorytetowo, a teraz Pablo będzie za to prowadził sprawę jakiemuś jego koledze. Przysługa za przysługę. Jeszcze sobie dowalił roboty, jakby mało miał…”

W środkowym lusterku wstecznym napotkała jego oczy. Uśmiechnęła się do nich, a one natychmiast zaśmiały się do niej.

– Wie pan, jak się do nas jedzie? – zapytał Tatuś, kiedy wyjechali już na ulicę.

– Wiem – odparł krótko Pablo.

– Widzę, że dobrze się znacie z moją córką – zauważył Tatuś neutralnym tonem. – Chociaż niewątpliwie nie ze szkoły… Można zapytać, czym pan się para zawodowo?

„Na tatę zawsze można liczyć” – uśmiechnęła się do siebie Lodzia. – „Nie ma obaw, że postawi mnie w niezręcznej sytuacji, chociaż doskonale się domyśla, że to on. Teraz go wybada, żeby sprawdzić, czy to na sto procent ten, o którym mu mówiłam… Oj, tato, tato, jaki ty jesteś przebiegły!” – z trudem stłumiła śmiech.

– Jestem prawnikiem – odpowiedział rzeczowo Pablo. – Pracuję w kancelarii adwokackiej Piotra Wysockiego na Zamkowej.

– Czyli jest pan adwokatem? – upewnił się Tatuś.

– Tak.

Tatuś pokiwał powoli głową, przyglądając mu się spod oka.

– To nazwisko coś mi mówi – odezwał się po chwili ciszy. – Wysocki, kancelaria Wysockiego… Nie robili państwo przypadkiem czegoś dla Urzędu Miasta?

– Owszem – uśmiechnął się Pablo. – Jakieś dwa lata temu mieliśmy od nich zlecenie, dość skomplikowane.

– Ja pracuję właśnie w Urzędzie Miasta – wyjaśnił Tatuś. – Jestem księgowym. Przechodziły przez moje ręce różne dokumenty od państwa, pamiętam logo i nazwę. Rzeczywiście, ze dwa lata temu to było… Wprawdzie ja sam się tym nie zajmowałem, tylko koleżanka, ale pamiętam dobrze. W związku z tą sprawą ówczesny dyrektor administracyjny został zwolniony z pracy. Zdaje się, że tam były jakieś nieprawidłowości finansowe…

– Tak, w istocie, to była dosyć kłopotliwa sprawa – przyznał Pablo. – Pracowaliśmy nad tym całym zespołem, pomagaliśmy wyjaśnić i uporządkować pewne… hmm… zawiłości prawne.

„Aha, zawiłości prawne!” – pomyślała z rozbawieniem Lodzia. – „Powiedz wprost, że ratowaliście im skórę po przekrętach tego dyrektora, żeby nikt do pudła nie poszedł!”

– Tak, teraz dokładnie sobie przypominam – ożywił się Tatuś. – W powietrzu wisiał wtedy ogromny skandal… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

– To głównie dzięki temu, że ten człowiek, który reprezentował Urząd, zareagował prawidłowo – zaznaczył Pablo. – On się nazywał… zaraz… bodaj Pliszczyński.

– Tak, Pliszczyński! – ucieszył się Tatuś. – Został wtedy dyrektorem administracyjnym po tamtym, zresztą do tej pory jest na stanowisku. Bardzo rozsądny człowiek.

– Zgadza się – skinął głową Pablo. – Szybko zareagował, zaraz na drugi dzień mieliśmy komplet danych. Dzięki temu udało się sprzątnąć rozlane mleko, zanim zdążyło porządnie wsiąknąć w dywan.

– Dobrze powiedziane – parsknął śmiechem Tatuś. – Tak to właśnie wtedy wyglądało… Wszyscy czuliśmy napięcie, chociaż nie znaliśmy szczegółów. Na szczęście sprawa nie wyciekła do mediów, a tego nasi przełożeni chyba bali się najbardziej.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz