Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 7)

– A najważniejsze, że dziecina już w domu! – powtórzyła po raz stutysięczny Ciotka Lucy, ładując na talerz Lodzi kolejne kawałki wędliny i ogórka. – Jedz, Lodzieńko kochana, zmizerniałaś w tym szpitalu, musisz ponadrabiać…

– Ale, ciociu, ja już naprawdę więcej nie zjem – jęknęła Lodzia. – To dopiero śniadanie, a ja mam już dość do wieczora! Święta nie polegają przecież na tym, żeby się przejadać!

– Nie marudź, Lodziu – rzuciła znad talerza Mamusia. – Musisz dużo jeść, żeby nabrać sił przed wycieczką. Jak ty chcesz tam chodzić po górach, skoro nic nie jesz?

Argument ten od paru dni skutecznie zamykał usta Lodzi, która obawiała się, że jeśli będzie protestować, może jeszcze nie pojechać na upragnioną wycieczkę. Bez słowa, z wyrazem twarzy wskazującym na to, że przeżywa istną mękę, lecz godzi się na nią dla dobra sprawy, pochyliła się zatem z rezygnacją nad kolejnym plastrem wędliny, odgryzając z niego niewielkie kąski. Siedzący naprzeciwko niej Tatuś przyglądał jej się z troską.

Od powrotu do domu dziewczyna wyraźnie przechodziła huśtawkę nastrojów – raz jej oczy promieniały radością, innym razem twarz osnuwał jej szary cień melancholii, a był nawet jeden poranek, w sobotę, kiedy uważny obserwator mógł dostrzec po jej zaczerwienionych powiekach, że w nocy niewiele spała, za to dużo płakała. Tatuś nie pytał jednak dyskretnie o nic, czekając, aż sama zechce mu powiedzieć coś więcej niż to, o czym przez kilkanaście minut rozmawiali poufnie we dwójkę w kuchni tuż po przyjeździe ze szpitala, kiedy spod furtki ich domu odjechał już czarny volkswagen.

„Tata o nic mnie nie wypytuje, ale dalej się martwi, widzę to w jego oczach” – myślała Lodzia, zerkając na niego ukradkiem. – „Powiedziałam mu tyle, ile mogłam, nie wszystko przecież… Nie mogę mu powiedzieć o statystykach i podbojach Pabla, bo nerwy by go zjadły już zupełnie. A to jest przecież najważniejsze w tym wszystkim! Gdyby nie to… gdyby nie ta niepewność, czy mogę mu zaufać, to ja bym już dawno… wbrew wszystkiemu, pomimo tych trzynastu lat… nic by mnie nie obchodziło! Jak ja bym chciała mieć taką jasną sytuację jak Jula z Szymkiem! Ona nie musi się niczego bać…”

Z westchnieniem odłożyła swój plaster wędliny na talerz i zapatrzyła się melancholijnie w okno.

– Przecież nie chciał z nami w ogóle rozmawiać – mówiła ściszonym głosem Mamusia do Ciotki Lucy. – Ja dwa razy próbowałam, mama raz, ale on ciągle nie i nie… uparty jak osioł.

Lodzia przerwała rozmyślania i nastawiła ucha.

– Zosiu, daj spokój, później porozmawiamy – rzuciła poszarzała na twarzy Babcia. – Nie ma co mówić o tym przy dziecku… Ale to prawda, że co święta wszystko wraca. Chciałabym jakoś to uregulować przed śmiercią…

– A co ty, mamo, już o śmierci myślisz? – obruszyła się Mamusia. – Nawet nie mów o takich rzeczach, siedzimy przy świątecznym stole… Daj spokój, naprawdę. Lodzia w domu, trzeba się cieszyć, w ogóle sama radość nas czeka w tym roku…

Lodzia, wbrew tym słowom o radości (wypowiedzianych zresztą jakimś niezbyt radosnym tonem), spojrzała ze smutkiem na Tatusia, który tym razem nie próbował pocieszać jej uśmiechami, a tylko sam westchnął i pokręcił smętnie głową.

„Jakoś niewesoło dzisiaj przy tym świątecznym stole” – zauważyła. – „Tata martwi się, bo widzi, że ja się gryzę… Pewnie zorientował się, że znowu beczę po nocach. Biedny tata! A one we trzy też coś markotne dzisiaj, zwłaszcza babcia. Nadrabia miną, ale coś ją ewidentnie dręczy. Mama i ciocia trochę mniej skwaszone, ale jednak też… I tak siedzimy wszyscy nad tym stołem jak nad jakąś trumną…”

Był Poniedziałek Wielkanocny, za oknem buzowała wiosna, zaczynał się kwiecień. Za dwa dni Lodzia miała wracać do szkoły, a tydzień później jechać na klasową wycieczkę w Karkonosze. Pablo zadzwonił w wielkopiątkowy wieczór z życzeniami świątecznymi i poprosił o zarezerwowanie niedzielnego wieczoru po świętach. Mieli spotkać się w Anabelli w gronie jego kumpli wraz z Julką, Szymonem i Karolem, który tym razem chętnie przyjął od Pabla zaproszenie i również zadzwonił do Lodzi, by ustalić szczegóły. Wielka Triada z satysfakcją przyjęła wieść o tym, że wynudzona w szpitalu dziewczyna pójdzie rozerwać się na miasto w towarzystwie Karola, choć po twarzy Mamusi i Babci widać było, że również w tej kwestii coś je mocno gryzło…

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz