Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 8)

A Lodzia znów przeżywała ciężkie dni i noce… Od wtorkowej wizyty Pabla na oddziale, rozmowy z panią Stefanią i przypadkowego spotkania przy wyjściu ze szpitala coś w niej jakby pękło, coś się zmieniło. Przerwała się tama, którą sama zbudowała na początku i którą naprawiała pracowicie, gdy tylko pojawiała się w niej niebezpieczna wyrwa. Z każdym dniem kruszył się stopniowo ów twardy mur, który dzielił ją od Pabla. Mur braku zaufania… Jej serce przepełniała teraz nie tylko tęsknota za nim, ale i coraz gorętsza nadzieja, której już nie potrafiła i nie chciała w sobie niszczyć. Poddawała się jej nieśmiało, powolutku, krok po kroku… ale nieuchronnie. Zbyt wiele było sygnałów, że z jego strony to nie była tylko kolejna romantyczna przygoda, lecz że jednak… może… chyba… było to coś znacznie poważniejszego.

Zbierała w sercu jak cenne skarby jego prześwietlone łagodnym blaskiem spojrzenia, uśmiechy, którymi ją obdarzał, gromadziła raz jeszcze w głowie jego słowa, którym dotąd nie wierzyła, lecz które nosiła przecież wyryte na dnie serca. Dopuszczała już do siebie myśl, że przynajmniej niektóre z nich mogły być prawdziwe i że plany dotyczące wspólnej przyszłości, jakie w żartach oboje roztaczali, dla niego może… może, kto wie?… nie były wcale tak do końca żartem. Żarty kończyłyby się wszak właśnie na słowach, podczas gdy tu były także czyny. Projekt Maćka mógł być tylko dalszą częścią wesołego blefu, jednak czy blefem było to, że odnalazł ją tak szybko w szpitalu, nie dysponując żadną bliższą informacją? Że łamiąc zakazy lekarzy, przyszedł tam do niej, chorej, nieprzytomnej, majaczącej w gorączce? To właśnie przeważało szalę jej uczuć, to do niej przemawiało najbardziej.

„On z tego nie miał nic” – myślała, spacerując po śniadaniu po wiosennie rozkwieconym ogródku. – „Nic, żadnej wymiernej korzyści z tego, że był tam wtedy ze mną. Leżałam jak trup, mocno chora, blada jak upiór, wycieńczona, w gorączce… Wyjątkowo nieciekawie musiałam wyglądać jak na potencjalny obiekt miłosnych podbojów… Nie widziałam go, a on do niczego się nie przyznał, więc nawet nie mógł tego traktować jako etapu na długim dystansie, zdobywania punktów w grze. On tam był dla mnie! Dla mnie… Nie dla mojego ciała, nie dla przygody, podboju, statystyki, ale dla mnie! Ryzykował nawet, że się czymś zarazi…”

Westchnęła, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w biało-różowy kobierzec kwitnących w kącie ogrodu stokrotek.

„Przecież gdyby zależało mu tylko na statystyce, nie robiłby takich rzeczy” – dumała. – „Albo by się zniechęcił, albo poczekałby na kolejne okazje, kiedy już wyzdrowieję. Pewnie by odpuścił i skupił się na łatwiejszych zdobyczach, bo ileż można inwestować w jedną oporną nastolatkę! Owszem, wiem, że mógł się zawziąć, rasowi donżuani trudny przypadek traktują jak wyzwanie, a on jest taki ambitny i inteligentny… Mógł sobie przysiąc, że mnie dopadnie, i trzymać się planu aż do skutku. Ale nawet i to nic nie zmienia… Nie miałby żadnego interesu w szukaniu mnie w szpitalu, w uruchamianiu znajomości z ordynatorem, i to kosztem dodatkowej pracy w ramach rewanżu… Co bym go mogła obchodzić w takim stanie, w chorobie, niezdatna do… hmm… użytku? On tam przyszedł bezinteresownie, po to, żeby mnie zobaczyć… Przyszedł i objął mnie opieką jak dobry dżinn. Siedział i głaskał mnie po włosach… patrzył na mnie… A jeśli to znaczy, że mu na mnie zależy?” – Lodzia zachłystnęła się powietrzem i pomyślała odważnie: – „A jeśli… jeśli on mnie kocha?”

Była to myśl, którą od jakiegoś już czasu gorączkowo wypychała ze świadomości, tłumacząc sobie, że to niemożliwe, że uwierzyć w to byłoby pułapką, samobójstwem… A jednak nie umiała już bronić się przed tą hipotezą i związaną z nią oszałamiającą nadzieją. Z początku nieśmiało, ostrożnie, lecz z każdym dniem coraz zuchwalej w jej sercu rodziło się podejrzenie, że może Pablo naprawdę ją pokochał, że jakimś niepojętym zrządzeniem losu wybrał właśnie ją z miliona innych kobiet, choć obiektywnie był to absurd, niepodobieństwo…

„Zachowuje się, jakby mu naprawdę na mnie zależało” – myślała brawurowo. – „Tak o mnie zadbał w tym szpitalu! Przecież to on im składał te reklamacje, o których mówił ordynator, czepiał się, utrapieniec, że źle mnie karmią… I tak blefuje ciągle z naszym wspólnym życiem, takie wesołe androny opowiada, tak mi dokucza na każdym kroku… i mówi to takim pewnym siebie, naturalnym tonem! Wygłupia się? A jeśli nie?”

Wizja, że ich zwariowany blef mógłby kiedyś… kiedyś tam… zamienić się w prawdę, że Pablo mógłby mimo wszystko zostać jej wyśnionym Rycerzem i że właśnie z nim mogłaby przejść przez dalsze życie… wizja ta niemal ją poraziła. Być blisko niego, mieć go przy sobie każdego dnia, do końca życia… Witać go i żegnać pocałunkiem… Budzić się i zasypiać obok niego… Siedzieć z nim przy stole, w samochodzie… Sadzić z nim niezapominajki i poziomki, kroić pomidory… Słyszeć na co dzień jego głos, widzieć jego uśmiech… Patrzeć w te ukochane, ciemne oczy! Czuć elektryzujący dotyk jego dłoni, uścisk jego ramion… Słuchać bicia jego serca… Dzielić z nim troski i radości… z nim, właśnie z nim… Nie, to nie mieściło się w głowie, to wyglądało jak sen!

Schyliła się i zerwała jedną stokrotkę, przesunęła palcem po jej delikatnych płatkach i westchnęła, opierając się o ścianę domu, tuż pod otwartym oknem kuchni.

„Tak bardzo bym go kochała!” – myślała, dając się unieść tej szalonej wizji. – „Tak bym o niego dbała… Nie byłoby mowy o żadnych batonikach z automatu! Dostałby zawsze ciepły obiad, siadałby ze mną przy stole i bujałby się na krześle. Aż by się w końcu kiedyś wywalił i byłby wielki ubaw! Na pewno by tak było, chociaż raz! Przypilnowałabym, żeby się wysypiał… chociaż z tym nigdy nie wiadomo!” – uśmiechnęła się do siebie. – „Jakby zaczął z tym czesaniem mi włosów i czytaniem do poduszki, to pewnie do rana byśmy nie spali… Opowiadałby mi do ucha różne szachrajstwa tym swoim mruczącym tonem, a ja bym mu się zawsze dała zbajerować… I tak by sobie ze wszystkiego żartował, rozśmieszałby mnie… wystarczyłoby to jego jedno łobuzerskie spojrzenie, żeby wyciągnąć mnie z każdego doła! Nie nudzilibyśmy się razem ani przez sekundę… A w trudnych chwilach byśmy się wspierali. Na nim zawsze można by się oprzeć, a i on mógłby liczyć na mnie. Ech!” – westchnęła. – „Nie powinnam tak marzyć. Ale jednak… jak tak sobie pomyśleć… jacy my moglibyśmy być szczęśliwi!”

Z okna nad jej głową dobiegł rumor przesuwanych krzeseł, a z przybliżających się odgłosów rozmowy można było wywnioskować, że Wielka Triada weszła w komplecie do kuchni i właśnie zajmowała miejsca przy stole.

– Tylko cicho! – dobiegł do niej konspiracyjny głos Mamusi, co sprawiło, że natychmiast mimowolnie nastawiła uszu. – Lucy, zamknij drzwi.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz