Lodzia Makówkówna – Rozdział XVIII (cz. 9)

– Ja wam już wcześniej mówiłam, że tam coś nie pasuje – mówiła z niezadowoleniem Mamusia. – Ale teraz, jak Emilia zaczęła mu się lepiej przyglądać i porównałyśmy wszystko, to nam się to bardzo, ale to bardzo nie podoba!

– Że on tak wychodzi sobie wieczorami? – zapytała Ciotka Lucy. – Przecież do Lodzi…

– Właśnie, że nie – westchnęła Mamusia. – A przynajmniej nie za każdym razem i na pewno nie ostatnio. On tak nadal robi i właśnie w tym jest problem! Najpierw myślałyśmy, że to do niej do szpitala chodził wieczorami, ale przecież teraz Lodzia całymi dniami siedzi w domu, a on dalej gdzieś sobie wychodzi i wraca późno…

– E, przecież to jest student, dorosły chłopak – zauważyła Ciotka. – Pewnie spotyka się z kolegami, co w tym dziwnego, Zosiu?

– Daj mi dokończyć, Lucy – zniecierpliwiła się Mamusia. – Emilia mówi, że on musi chodzić na jakieś randki, bo przedtem dwie godziny siedzi w łazience, stroi się, nawet perfumować się zaczął! No i w ogóle zachowuje się inaczej… Ewidentnie zakochany, to się przecież widzi.

„Aha!” – pomyślała z rozbawieniem Lodzia. – „Karol mnie zdradza… No jasne, że też sama na to wcześniej nie wpadłam!”

– No, zakochany, zakochany przecież! – zawołała Ciotka Lucy. – W naszej Lodzieńce!

– I to właśnie nie jest pewne – zaznaczyła złowieszczym tonem Mamusia. – Tak myślałyśmy, wszystko na to wskazywało, on jej przecież nawet kwiatki do szpitala nosił za plecami Emilii… Lodzia nie zaprzeczała, zresztą te panie w szpitalu jasno powiedziały, że narzeczony przyniósł, więc nie ma dwóch zdań. I my myślałyśmy, że oni tak się spotykają po cichu, żeby… no, wiadomo… namiętności. Ale tu się nic nie zgadza! Lodzia teraz w domu, mamy ją na oku cały dzień, a Emilia mówi, że on znów gdzieś wczoraj poszedł, chociaż święto. Wyperfumowany, uczesany… Poszedł i wrócił prawie o północy!

– Oj, źle to wygląda – odezwała się Babcia. – Ale skoro kwiatki jej nosił do szpitala…

– A jeśli to tylko tak dla pozoru, żeby ją zmylić? – zastanawiała się Mamusia. – Może go sumienie gryzło, to jej kupił kwiatki? A sam gdzieś na boku…

Lodzia zatkała sobie usta ręką, żeby nie parsknąć śmiechem.

– To taki by on był? – odezwała się Ciotka Lucy z nutą rozczarowania w głosie. – A my go tak chwaliłyśmy, taki się wydawał idealny!

– No, Emilii też jest wstyd, ale mówi, że tak naprawdę to jeszcze nic nie wiadomo. Dalej będzie mu się przyglądać i wszystko nam powie, jak już coś pewnego ustali.

– Ale jeśli to prawda, Zosiu… mój Boże… Jeśli to prawda, to i tak dobrze, że wszystko wydało się przed ślubem, niż jakby miało po ślubie – zauważyła odkrywczo Ciotka. – Wyobrażacie to sobie? To by dopiero było nieszczęście!

– Czekajcie! – rzuciła nagle ostrym tonem Babcia. – Ja wam coś powiem, moje drogie! Mnie się już dawno niektóre rzeczy nie podobały! Na przykład to, że on na Sylwestra pojechał sobie z kolegami w góry i zostawił Lodzię, a ona poszła sama do koleżanek. Powinni byli przecież razem witać Nowy Rok, od razu wam to mówiłam! Potem ta studniówka. Ja wiem, że to nie jego wina, że skręcił nogę, ale też dziewczynie wtedy przykrość zrobił, musiała się sama bawić na takim ważnym balu… Zauważcie poza tym, że ona jakoś się nie kwapiła, żeby go odwiedzić z tą skręconą nogą, pamiętacie, mówiła, że jej nie zapraszał… Ja od razu czułam, że coś tam jest nie w porządku! A dziecina przecież mocno zakochana, widać po niej już od dawna…

– Właśnie! – westchnęła Mamusia. – Ja się najbardziej o nią martwię, o naszą biedną Lodzieńkę… Już od tej studniówki coś z nią było nie tak.

– Wcześniej, Zosiu – stwierdziła stanowczo Babcia. – Przecież ona już od grudnia tak chlapała po obrusach i miała takie mętne oczy… Mówię wam, że już wtedy była zakochana, ja się na tym znam!

– Racja – zgodziła się Mamusia. – Ale od studniówki to już w ogóle zaczęła się dziwnie zachowywać. Pamiętacie, jak szklankę stłukła? A potem z tym jedzeniem się zaczęło. Prawie nic nie jadła tygodniami, taka blada się zrobiła… Ja bym nawet głowę dała, że płakała po nocach, czasem rano miała takie podkrążone oczy…

– I to musiało się skończyć chorobą – orzekła ponuro Babcia. – Mówię wam, ona przez cały czas podejrzewała, że coś jest nie w porządku, wyczuwała to i cierpiało biedne dziecko, dusiło to w sobie…

– A teraz jak się wyda, że on ją… – zaczęła Ciotka Lucy i urwała nagle, jakby bała się wymówić na głos to straszne słowo.

– Że ją zdradza! – dokończyła oburzonym głosem Babcia. – Nazwijmy rzecz po imieniu, Lucy! Jak się wyda, że on ją zdradza, to, mój Boże… jak to biedactwo to zniesie?

„Jakoś przeżyję” – pomyślała rozbawiona Lodzia. – „To nam nawet ułatwi sprawę…”

– Biedna Lodzieńka! – westchnęła Ciotka i w kuchni zapadła pełna współczucia cisza.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8)

Dalsze części:

Rozdział XVIII (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz