Lodzia Makówkówna – Rozdział XX (cz. 6)

Po kilkunastu minutach, kiedy Lodzia wypłakała się i względnie uspokoiła, wróciły z Julką na salę. Akurat trwała przerwa w muzyce, parkiet opustoszał, a spoceni tancerze obsiedli z powrotem swoje stoliki, żeby czegoś się napić. Towarzystwo ze stolików obok baru tłoczyło się teraz w jednym miejscu – wszyscy, łącznie z Majkiem, stali wokół Wojtka i Dominiki, którzy właśnie powrócili ze swojej misji specjalnej i zdawali kolegom relację. Dziewczyny podeszły i niezauważone zatrzymały się tuż za ich plecami.

– No, ale mówcie, co z nim, jak on się teraz czuje? – do uszu Lodzi dobiegł zaniepokojony głos Justyny.

– Fatalnie – westchnęła Dominika.

– Bredzi, rzyga, szlocha… – relacjonował Wojtek, kręcąc głową. – Cyrki takie odstawia, że klękajcie narody… Kajtek z nim został, potem ktoś musi pojechać go zmienić. Trzeba non stop pilnować moczymordę, bo nie wiadomo, co mu jeszcze do łba strzeli.

– Ja rano pojadę do niego na cały dzień – zadeklarował się Majk. – Zwinę imprezę nad ranem i pojadę. Do jutra wieczorem postawię menela na nogi, tylko mi go dzisiaj w nocy popilnujcie. Posiedzę z nim, ogarnę go, jakiś kefir mu zawiozę albo co…

– Tylko bez klinów – zastrzegł Maciek.

– Aż takim debilem nie jestem, nie bój się! – warknął Majk. – Już mu nigdy w życiu whisky nie podam, choćby mnie błagał na kolanach… Nawet piwo chyba zacznę mu reglamentować.

– Szkoda, że wcześniej taki mądry nie byłeś – wtrąciła ostrym tonem Justyna.

– Skąd miałem wiedzieć, do cholery! – zirytował się Majk. – Dorosły jest, nie?!

– On cholernie źle reaguje na mocny alkohol – zauważył Wojtek. – Tak naprawdę powinniśmy go byli zawieźć prosto na izbę wytrzeźwień, miałby w razie czego pod ręką fachową pomoc medyczną. Ale już nie chciałem mu tego robić… Lepiej, żeby Izba Adwokacka o tym nie wiedziała, po co mu sąd dyscyplinarny? Jeszcze ktoś wyszpera, że już raz był notowany na policji, i narobi mu niepotrzebnego syfu… Wyciągniemy go sami, tylko przez cały czas ktoś musi przy nim być, dopóki mu rozum nie wróci. Piotrek, przykro mi, ale jutro możecie zapomnieć o nim w pracy.

– Przecież wiem, nie mam złudzeń – machnął ręką Piotrek. – Jakoś sobie poradzimy. Rano poprzerzucam mu telefonicznie klientów na wtorek i środę, jak wróci, będzie zapieprzał codziennie do wieczora i tyle.

– Mamy już jutro tych dwóch aplikantów – przypomniała mu Anita.

– No i co z tego? – wzruszył ramionami Piotrek. – To nawet gorzej, przecież zielone to jeszcze jak szczypiorek. A jeden w dodatku jest u Pabla pod patronatem, jutro ja będę musiał się nim zająć za niego… No, ale spokojnie, damy radę. Postawcie go tylko jakoś do pionu do wtorku.

– Postawimy – obiecał Majk. – Ja się tym zajmę osobiście.

– Osobiście to ty się najlepiej zajmij swoim mózgiem – poradziła mu Justyna. – Uruchomiłbyś wreszcie te nędzne resztki szarych komórek!

– I co się czepiasz, do diabła! – warknął znowu Majk. – Nic mu nie zrobiłem, to już pożartować sobie nie można?

– Można, ale są granice! – podniosła głos Justyna. – A ty już zupełnie straciłeś umiar, jeździsz ostatnio po tym chłopaku jak po łysej kobyle, jeszcze ciągasz za sobą jakieś panienki, żeby go kompromitowały! Dogryzasz mu bez przerwy, walisz bez pardonu w najczulsze punkty… Zazdrościsz mu czy co?! I jeszcze whisky mu przyniosłeś, całą wielką butlę! Weź ty się zastanów wreszcie, co robisz, człowieku!

– Kochanie, daj spokój… – próbował moderować Wojtek.

– Zejdź ze mnie, okej?! – krzyknął rozsierdzony Majk do Justyny. – Dobra, przyznaję, nie powinienem mu dawać tej whisky, ale skąd miałem wiedzieć, że tak pojedzie po bandzie?! Nigdy tak nie robił! I przestań czepiać się mnie, tylko powiedz w końcu jasno to, co wszyscy wiemy! On się tak urżnął nie dlatego, że ja coś gadałem, tylko dlatego, że ta jego puszczalska gwiazdeczka poszła sobie w tango z jakimś frajerem!

– Majk, zamknij się! – rzuciła ostro Dominika, zauważywszy Lodzię stojącą obok z Julką.

Wszyscy odwrócili się w jej stronę. Na ostatnie słowa Majka blada jak ściana dziewczyna, pomimo fatalnego stanu ducha i dręczących ją wyrzutów sumienia, podniosła z godnością głowę i rzuciła mu dumne, wyniosłe spojrzenie. W jej oczach i wyrazie twarzy było coś takiego, że ten pewny siebie, rozrywkowy cwaniak niespodziewanie zmieszał się, zaklął siarczyście pod nosem, po czym, zirytowany do żywego, szybkim krokiem poszedł w stronę baru i za chwilę zniknął na zapleczu.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5)

Dalsze części:

Rozdział XX (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz