Lodzia Makówkówna – Rozdział XXI (cz. 11)

Wycieczkowicze wysypali się na zewnątrz wśród śmiechów i żartobliwych przepychanek. Pablo podniósł z podłogi plecak Lodzi i oboje wyszli za nimi przez przeszkolone drzwi na osnuty poranną mgłą peron. Odeszli kilkanaście metrów od rozkrzyczanej grupy, minęli budynek dworca i poszli dalej wzdłuż torów. Dźwięki rozmów lekko przycichły w tle… Przystanęli. Pablo postawił ostrożnie plecak na posadzce peronu, wyprostował się i spojrzał na posmutniałą nagle dziewczynę.

– Cóż, gwiazdeczko – powiedział łagodnie. – Jedziesz odpocząć przed maturą, odstresować się… To bardzo słuszny projekt. Twoja koleżanka ma rację, że powinnaś odpocząć też ode mnie i od mojego uporczywego nękania. Wypocznij sobie spokojnie, nabierz sił po chorobie, a ja obiecuję, że nie będę zawracał ci głowy telefonami, tym bardziej, że w tym tygodniu już wykorzystałem swój limit – uśmiechnął się.

Zamilkł i patrzył na nią przez chwilę oczami pełnymi blasku.

– Moja maleńka – pokręcił lekko głową. – Tak strasznie pusto mi tu będzie bez ciebie… To tylko tydzień, ale będzie mi się tak okropnie dłużył…

– Wrócę na nasze urodziny, Pablo – obiecała cicho, cała drżąc ze wzruszenia.

– Wróć, skarbie – zniżył głos. – Będę czekał. Wiesz, to takie dziwne uczucie… Zawsze byłaś gdzieś blisko, czułem twoją obecność, nawet kiedy cię nie widziałem. Byłaś w szkole, albo w domu, gdzieś na mieście, nawet w tym szpitalu… wiedziałem, że jesteś niedaleko. Zawsze była szansa, że się na siebie natkniemy, że zobaczę chociaż z daleka twoją sylwetkę z tym długim, kochanym warkoczem. Teraz, bez ciebie, to miasto będzie jak martwe…

Lodzia słuchała go z bijącym sercem. Jakże dobrze znała uczucie pustki, o którym mówił! Pojawiało się zawsze, gdy był daleko i gdy wiedziała, że przez dłuższy czas nie będzie mogła go zobaczyć. Mówił o czymś, czego sama wielokrotnie doświadczyła, zawsze gdy chodziło o niego. Uczucia, które opisywał, mogły wynikać tylko z jednego… kochał ją! O tak, kochał ją, nie miała już wątpliwości… Widziała to już teraz tak jasno w jego oczach, słyszała w jego głosie! Powinna mu odpowiedzieć… pożegnać go jakoś tak, żeby mniej ciążyła mu ta pustka, którą ona zostawi za sobą, wyjeżdżając. Na tydzień, tylko na tydzień, ale jednak…

Stał przed nią w swym długim, eleganckim płaszczu na mocno zamglonym peronie i patrzył na nią przenikliwie tymi ukochanymi, ciemnymi oczami, które poznała w listopadzie i które od tamtej pory stały się dla niej epicentrum wszechświata. W megafonie rozległ się kobiecy głos zapowiadający rychły wjazd na dworzec jej pociągu… Zaraz, zaraz, gdzie ona już widziała tę scenę? Opanowało ją przemożne uczucie déjà vu. Bandzior w długim płaszczu stojący naprzeciw niej, na dworcu, we mgle, uważnie w nią wpatrzony… Jej sen! Styczniowy sen, w którym widziała dokładnie ten obraz! Wtedy chciała mu coś powiedzieć i nie mogła… Dziś też… Ach, więc to było to! Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go kocha, jak wiele dla niej znaczy. Chciała go nazwać po imieniu…

– Będę za tobą bardzo tęsknił, Lea – powiedział cicho Pablo. – Bardzo, moje kochanie.

Jakże uwielbiała ten ton! Ten jedyny w swoim rodzaju niski tembr jego głosu, którego mogłaby słuchać bez końca! W jej sercu nagle złamała się kolejna bariera… Wzruszona, przepełniona szczęściem i nagłym żalem, że musi go opuścić, postąpiła krok do przodu i ufnym gestem przytuliła się do niego, po raz pierwszy nieśmiało obejmując go wpół. Chwycił ją natychmiast w ramiona, ogarnął nimi troskliwie, zamknął ją w nich czule jak swój najdroższy skarb… Przymknąwszy oczy, oparła głowę na jego piersi i wtuliła się w niego z rozkoszą, wdychając jego magnetyzujący zapach, czując na skroni dotyk jego ciepłego policzka.

– Ja też – wyszeptała żarliwie. – Ja też będę za tobą bardzo tęsknić… Pawełku.

Zadrżał cały, przytulił ją mocniej do siebie i poczuła, jak obsypuje jej włosy, skroń i czoło kaskadą gorących pocałunków… Cudowny, słodki dreszcz ogarnął ją od stóp do głów, rozedrgał na kilka chwil każdy nerw jej ciała, a czas zatrzymał się, zamieniając się na tych kilkanaście sekund w metafizyczną nieskończoność.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Dalsze części:

Rozdział XXI (12) (13) (14)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz