Lodzia Makówkówna – Rozdział XXIII (cz. 9)

Wszechświat uległ w jej sercu zagładzie, choć obiektywnie nic wielkiego się nie wydarzyło. Ot, stała się politowania godną ofiarą własnej naiwności, niepotrzebnie uwierzyła w coś, co od początku było niemożliwe. Przecież jeszcze do niedawna tak długo i tak skutecznie się broniła! Jakże nierozsądnie przekroczyła w myślach i uczuciach granicę, której nie powinna była przekraczać – kruchą i delikatną granicę zaufania. Jak mogła zaufać łowcy przygód, doświadczonemu Casanovie, o którym przecież od początku słyszała od innych tyle słów prawdy? Czy potrzebowała przekonać się o tym na własne oczy, poczuć to na własnej skórze? Sądziła, że jest taka ostrożna, a tymczasem tak naiwnie uwierzyła, że jest dla niego kimś wyjątkowym… To było takie głupie, takie żałosne!

Co prawda miała świadomość, że w jakiś sposób musiała być dla niego ważna, inaczej nie zabiegałby o nią aż tak, nie przychodziłby do szpitala siedzieć przy niej, gdy leżała w gorączce, nie byłby zazdrosny o Karola czy Artura, nie upiłby się whisky… Niewykluczone, że kochał ją po swojemu, oczywiście na tyle, na ile taki lowelas potrafi w ogóle kogoś kochać. Ale nawet jeśli… to cóż z tego, skoro nie umiał być jej wiernym? Cóż z tego, skoro już nigdy nie będzie mogła mu zaufać? To nie miało żadnej przyszłości. Kochała go do szaleństwa, ale konkluzja była tylko jedna. Musiała się wycofać. Z bólem, z rozpaczą, z poczuciem klęski, katastrofy i końca świata… ale nie miała innego wyjścia, musiała wreszcie to zakończyć, aby jeszcze jakoś się ratować.

„Nie powinnam była w ogóle się w to pakować” – myślała ze smutkiem. – „Od początku robiłam wszystko nie tak, jak trzeba, i co gorsza w pełni świadomie. No to teraz mam… Nie trzeba było zapraszać bandziora na studniówkę, a przynajmniej potem zakończyć znajomość, jak to było ustalone. Ale co poradzę na to, że tak się nie dało? To było silniejsze ode mnie! I dziś zrobiłabym przecież dokładnie tak samo! Ech… Taką długą drogę przeszłam, tyle przecierpiałam… a kiedy już myślałam, że mogę sięgnąć po szczęście, znów jestem w punkcie wyjścia. I to poraniona i sponiewierana, jakbym wróciła z jakiejś wojny… Boże! Ja się z tego chyba nigdy nie wyciągnę…”

Zadzwonił telefon. Lodzia aż podskoczyła, widząc imię wyświetlone na ekranie – to był Artur.

– Wróciłaś już gór czy pomyliłem daty? – zapytał po wstępnych powitaniach.

Jego miły głos ukoił nieco jej nerwy, zapowiadał choć krótką chwilę odskoczni od cierpienia.

– Trafiłeś idealnie – zapewniła go. – Akurat jestem już w domu.

– Słuchaj, Lodziu, od razu ci powiem, że nasza sprawa wygląda tak sobie – rzucił z zakłopotaniem Artur. – Gadałem najpierw z Tomkiem, był tak samo zaskoczony jak ja, ale ogólnie ucieszył się i bardzo chce cię poznać. Natomiast potem obaj rozmawialiśmy o tym z ojcem… no i tu jest znacznie gorzej.

– W sensie, że wuj nie chce mnie znać? – zapytała smutno Lodzia.

– Nie chce nawet o tym słyszeć – westchnął Artur. – Ledwie zaczęliśmy, a on już zdenerwował się tak, że wolałbym już więcej nie poruszać z nim tego tematu. Przynajmniej na razie… Nie wiem, może jeszcze jakoś to przemyśli, ale teraz dosłownie zabija wzrokiem. Powiedzieliśmy też mamie i ona jest zdania, żeby zostawić ojca w spokoju. Ja też tak uważam.

– Ja też – podchwyciła szybko Lodzia. – Za nic w świecie nie chcę narzucać się wujowi, wystarczy mi, jeśli będę miała kontakt z wami. Bardzo bym chciała kiedyś go poznać, ale przecież nie na siłę… A mówiłeś mu, że moja rodzina jeszcze nic nie wie o tym, że was znalazłam? Że nic im nie powiedziałam?

– Mówiłem – zapewnił ją Artur. – Ale to chyba nie ma znaczenia… Ojciec dostaje furii i nerwowej wysypki, jak tylko słyszy wasze nazwisko, przyznam, że nie spodziewałem się z jego strony aż tak ostrej reakcji. Tak czy owak teraz nie da rady, Lodziu, to daremny trud. Ja za dobrze znam ojca, żeby nie wiedzieć, że lepiej go nie tykać w takim stanie ducha. Zresztą dla ciebie to by też było bardzo nieprzyjemne, po co ci to? Spotkamy się za to we trójkę z Tomkiem i pogadamy sobie na spokojnie. Będziesz mogła zobaczyć się z nami w tym tygodniu?

– Bardzo chętnie – odparła, ucieszona tym, że będzie mogła zająć myśli czymś innym niż swoje sercowe problemy. – Mam teraz dużo czasu, bo zrobili nam wolne aż do matury, odrobiliśmy wszystko wcześniej. Jutro niezbyt mi pasuje, bo mam urodziny i… nie wykluczam, że pójdę spotkać się ze znajomymi… ale w czwartek albo w piątek jak najbardziej.

– Jutro masz urodziny? – podchwycił Artur. – Dziewiętnaste, jak rozumiem?

– Dziewiętnaste.

– W takim razie wszystkiego najlepszego, Lodziu – powiedział ciepło. – Życzę ci zdrowia, bo ostatnio troszkę ci szwankowało, ale też szczęścia i spełnienia wszystkich twoich marzeń. Również tych najskrytszych.

Serce Lodzi ścisnęło się boleśnie.

– Dzięki, Artur – westchnęła. – Ale życz mi lepiej, żebym jakoś zdała maturę, bo przez ten szpital narobiłam sobie zaległości i już się stresuję…

– E, zdasz bez problemu! – zapewnił ją z przekonaniem. – To tylko z wierzchu tak groźnie wygląda, ale nie taki diabeł straszny, jak go malują, sama zobaczysz. Będę za ciebie trzymał kciuki. No, a teraz umówmy się konkretnie na to nasze spotkanie… powiedz, w czwartek wieczorem by ci pasowało? O osiemnastej na przykład?

– Jasne, nie ma sprawy – zgodziła się natychmiast. – Byle wam pasowało, ja jestem wolna, więc się dostosuję. Gdzie się spotkamy?

– Może w Anabelli? Skoro już ostatnio tam na siebie wpadliśmy…

„Nie… tylko nie u Majka!” – pomyślała stanowczo Lodzia. – „Jeśli tam pójdę, to tylko jutro na urodziny… i to będzie już ostatni raz!”

– Nie, Artur, ja wolałabym gdzie indziej – odparła szybko. – Wszędzie, tylko nie tam…

– Masz jakieś złe doświadczenia? – zapytał, nie oczekując chyba odpowiedzi. – No to nie ma problemu… może w takim razie Tarasowa na Królewskiej?

– Może być. Czwartek w Tarasowej o osiemnastej.

Rozłączyła się z westchnieniem. Choć w pewnym stopniu spodziewała się takiego obrotu sprawy, mimo wszystko przykro zrobiło jej się na myśl o tym, że wuj Edward, ten dzielny facet, którego od lat podziwiała za odwagę, aż tak negatywnie zareagował na wiadomość, że jego siostrzenica nawiązała kontakt z Arturem.

„Chyba znów idealizowałam” – pomyślała ze smutkiem. – „Zupełnie jak w przypadku bandziorka… A życie nie jest wcale różowe, pełno w nim błota i kolców, o które można się nieźle pochlastać. Muszę się wreszcie tego nauczyć. Wuj nie chce mnie znać… i niby dlaczego miałby chcieć? Co ja go mogę obchodzić, skoro od tylu lat nie chce zobaczyć nawet własnej matki?”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8)

Dalsze części:

Rozdział XXIII (10) (11) (12)


Dodaj komentarz