Lodzia Makówkówna – Rozdział XXVI (cz. 1)

Jula, nie dam rady dzisiaj ani jutro z tą matmą, umówmy się po weekendzie. Tak brzmiał sms, który wysłała do Julki po nieprzespanej nocy przepłakanej aż do wyczerpania łez. Nie chciała nikogo widzieć, z nikim rozmawiać, tymczasem na osiemnastą była umówiona z Arturem i z jego bratem i nie wypadało jej odwoływać spotkania. Obaj mieli przecież obowiązki, organizowali się specjalnie dla niej, nie powinna nadużywać ich grzeczności. Postanowiła pozbierać się jakoś, zjeść choć kilka kęsów obiadu i wybrać się do Tarasowej, maskując ślady cierpienia, które wyryło się i stężało od wczoraj na jej twarzy.

To, przez co przeszła w nocy, było kolejnym etapem trudnej drogi, jaką przebyła w ostatnich miesiącach. Tym razem jednak sprawa była rozwiązana, wszystko było skończone. Wreszcie zrobiła to, co powinna była zrobić już dawno. Zrobiła to i prawie przy tym umarła, ale przecież po tej strasznej chwili powinno przyjść oczyszczenie! Teraz będzie cierpieć, ale potem rana musi się zagoić… Pozbiera się powoli i wyleczy ze swej niemożliwej miłości do niepoprawnego donżuana… z miłości do bandziora o najcudowniejszych oczach świata.

Całą noc, aż po blady świt, kiedy wreszcie zasnęła znużona, przyciskając do ust urodzinowy wisiorek z turkusem, w jej duszy szalała potworna huśtawka nastrojów. Wiedziała, że rozstanie było jedynym właściwym wyjściem, że pomimo bólu powinna była zrobić to, co zrobiła, aby w przyszłości nie dać się poranić jeszcze mocniej. Jednak nie umiała pozostać obojętną na to, co powiedział jej Pablo, na jego żarliwe wyznanie uczuć, na to kocham cię, które padło wczoraj tyle razy z jego ust… Nie potrafiła myśleć bez żalu o gorzkim końcu ich matrymonialnego blefu, który na studniówce był dla niej parawanem, a dla niego pomysłem na zabawny żart, lecz którego finałem stały się poważne, z bólem odrzucone oświadczyny. I nade wszystko nie mogła zapomnieć tamtego strasznego wyrazu jego twarzy…

Widmo rozpaczy w oczach Pabla prześladowało ją do tego stopnia, że przysłaniało chwilami jej własny ból, jej osobiste poczucie krzywdy i straty, choć przecież to on był wszystkiemu winien. Powtarzała sobie, że zasłużył na to, by cierpieć, i że jeśli tak jest, to przynajmniej sprawiedliwości stanie się zadość. Ale chwilę potem myślała już tylko o tym, jak musiał się czuć, gdy go odtrąciła, zastanawiała się, gdzie był, co robił… czy tak jak ona spędził bezsenną noc? A jeśli tak, to jak pójdzie do pracy, jak zdoła unieść ciężar codziennych obowiązków? Oby tylko nie wpadło mu do głowy znowu pić whisky, zwłaszcza gdy nikogo przy nim nie będzie, on tak fatalnie reagował na mocny alkohol… Ale nie, na szczęście nie mógł tego zrobić, przecież nie wystawiła mu na to papierów z czerwoną pieczątką!

Wspomnienie ich dawnych blefów sprawiało, że z jej oczu znów tryskały łzy. Już nigdy nie będą sobie tak żartować… Już nigdy nie będzie mowy o whisky, duszeniu warkoczem ani wspólnym czytaniu do poduszki… On już nigdy nie rozczesze i nie splecie jej włosów… Nigdy już z nim nie zatańczy, nie poczuje uścisku jego ramion, dotyku jego dłoni, żaru jego ust… Przed oczami stawała jej jego twarz, uśmiechnięta, rozbawiona, rozświetlona światłem wzruszenia i czułości, czasem poważna, zaniepokojona… Lecz nigdy dotąd nie widziała jeszcze na niej cierpienia, wczoraj to był pierwszy raz. Znów tyle rzeczy po raz pierwszy, właśnie z nim!

Tak jak jej pierwszy pocałunek… Oddała mu go pod wpływem impulsu, spontanicznie i bezrefleksyjnie, wręcz nieodpowiedzialnie. Lecz ani przez moment nie żałowała, że to się stało. Wspomnienie tych kilku szalonych chwil, gdy złączyły się ich usta, tego płomienia, tego obopólnego, obłędnego pędu do bycia jak najbliżej siebie nadało jej młodemu życiu nowy sens. Pocałunek trwał może minutę, ale była to najcudowniejsza minuta, jaką dotąd przeżyła na tej ziemi, absolutny punkt odniesienia dla wszystkiego, co było i co miało się jeszcze zdarzyć, kilkadziesiąt sekund przepustki do raju.

A jednak odrzuciła go, musiała go odrzucić! Jego, jedynego, ukochanego… ale niegodnego zaufania. Gorąca natura donżuana była w nim zbyt silna, nie mogła łudzić się naiwnie, że miłość do niej przemieni go w wiernego Rycerza z jej snów… Od początku podejrzewała przecież, że właśnie taki jest, zachowywała najwyższą ostrożność, a kiedy wreszcie z takim trudem mu zaufała, kiedy po tylu ustępstwach otworzyła przed nim serce i przymknęła oczy na jego przeszłość, właśnie wtedy on ją oszukał!

„Powiedział, że już z tym skończył, że zamknął ten etap” – przypomniała sobie jak przez mgłę jego słowa. – „Może wtedy na dworcu to było ich ostatnie pożegnanie? Ale nie, nie! Akurat… To było bardzo czułe pożegnanie, takie słodkie i bez palenia mostów. Nie, bandziorku, ty niczego nie zamknąłeś. Może wyczyściłeś trochę teren, ale tylko dla pozoru, w każdej chwili możesz wrócić do obiegu. W każdej chwili… jak tylko to wielkie uczucie do mnie trochę ci osłabnie. A to tylko kwestia czasu.”

Przypomniała sobie ze smutkiem przykre słowa Grzela. Czekałem cierpliwie, aż on cię rzuci, byłem pewien, że tak będzie, bo jego nie interesują stałe związki… Cóż, mogła sobie pogratulować, bo w jej przypadku było inaczej, jej Pablo przecież się oświadczył, chciał się z nią ożenić. Nie wątpiła, że mówił to na serio, naprawdę musiał ją zobaczyć w tej roli, pokonała w jego oczach tłumy innych kobiet… Czyż nie powinna być dumna z tego, że ten wybredny przystojniak wybrał i pokochał właśnie ją?

Lecz Lodzia nie czuła dumy. Czuła tylko ból, jej serce było pokryte zgliszczami po spalonych nadziejach i niedoszłym, niemożliwym szczęściu. Bo cóż z tego, że ją wybrał, cóż z tego nawet, że ją kochał? Jeszcze tak niedawno myśl o życiu u jego boku była dla niej szczytem pragnień, bajkowym światem z najpiękniejszych snów. Lecz ta bajka była bajką tylko w jej głowie! Czekałoby ją pasmo niekończącej się udręki i palących upokorzeń. Jak długo jego czułości i jego bliskość mogłyby jej to rekompensować? On tak pięknie mówił, tak przekonująco… lecz czyż nie był zdolnym, doświadczonym w sztuce słowa adwokatem? Umiał gadać, lecz to znowu były tylko słowa! Słowa, słowa! A jak wyglądały czyny? Tylko czyny się liczyły, tylko one mogły mówić o nim prawdę! I to właśnie one go zdemaskowały…

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Dalsze części:

Rozdział XXVI (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)


Dodaj komentarz