Lodzia Makówkówna – Rozdział XXVII (cz. 7)

– Tak, kochanie – westchnął. – Ale to, co było kiedyś, źle wpływa na to, co jest teraz albo co dopiero będzie. Sama widziałaś, jak perfidnie wyłażą na wierzch te zmory, jak nas niszczą, jak upokarzają ciebie, a ze mnie robią śmiecia… Ja już nie mogę nigdy więcej do tego dopuścić. Owszem, sam się tak urządziłem, ale teraz już wracam do pionu i nie pozwolę, żebyś znowu musiała wylewać przeze mnie łzy. Następnym razem musisz być psychicznie gotowa i uodporniona na takie przykre sytuacje. I na złośliwe komentarze, które pewnie jeszcze się pojawią, a które w swojej bezmyślności ufundowałem ci awansem… Żeby stawić temu czoła, musisz wiedzieć o mnie wszystko, choćby po to, żeby nikt nie mógł nigdy wmówić ci żadnej bzdury na mój temat. Biorę pełną odpowiedzialność za swoje faktyczne czyny, ale nie pozwolę, żeby którekolwiek z nas cierpiało przez jakieś kłamstwa czy pomówienia. Przepraszam cię za to, skarbie… Nie powinnaś babrać się w tym bagnie, ale już to przemyślałem i nie widzę innego wyjścia. Załatwimy to jak najszybciej, dobrze?

Lodzia pokiwała głową z westchnieniem.

– Dobrze, Pawełku – odparła smutno, przytulając policzek do jego piersi. – Jutro umówimy się na dłużej i wszystko mi opowiesz. Ja też rozumiem, że to jest potrzebne… chociaż nie powiem, że będzie mi łatwo o tym słuchać.

– Wiem, gwiazdeczko. Dlatego musisz cały czas pamiętać, że to są tylko dane historyczne z zamkniętego etapu mojego życia. Muszę ci je wyłożyć dla naszego dobra, ale obiecuję, że to będzie tylko raz.

Lodzia podniosła na niego oczy i uśmiechnęła się znacząco.

– Operacja jednorazowa?

– Właśnie tak – odwzajemnił jej uśmiech. – To będzie ta nieprzyjemna. Ale potem czeka nas jeszcze ta druga… ta, którą mi wreszcie obiecałaś.

– Niczego jeszcze ci nie obiecywałam, oprychu – zauważyła z rozbawieniem. – Nie manipuluj. Przecież nawet nie zmieniłam ci statusu, oficjalnie nadal jesteś tylko moim dalszym znajomym!

– To fakt! – parsknął lekko śmiechem. – Od początku jakoś nędznie mi szły te awanse… Ale nie zapominaj, że od dziś zmienia się nasz regulamin. Wprawdzie przewiduję w nim przepisy przejściowe, ale jako doświadczony prawnik zadbam o odpowiedni zapis, który ograniczy je w czasie i przy okazji zniesie wszystkie twoje limity.

– No dobrze, krętaczu, tym razem to ty układasz dla nas regulamin – uśmiechnęła się kokieteryjnie Lodzia. – A ja będę go łamać, testować i tropić w nim luki prawne.

– Specjalnie dla ciebie zostawię ich kilka – zapewnił ją Pablo, zniżając głos z ustami tuż przy jej uchu. – I sprawdzę, jak mała gwiazdeczka radzi sobie w ich wykrywaniu. To może nie być łatwe, bo ja lubię zastawiać pułapki… ale nie martw się, przez cały czas będę ci podpowiadał! – zaśmiał się. – Natomiast wracając do naszej operacji jednorazowej, to już mi ją obiecałaś i nie wykręcaj się, bo ja i tak nie odpuszczę.

Lodzia spojrzała na niego zdziwiona.

– Kiedy ci obiecałam?

– Dzisiaj – odparł z powagą.

– Dzisiaj?

– Już nie pamiętasz, przewrotna kobieto? Powiedziałaś przecież, że wyjdziesz za mnie.

– Ach, więc o to ci wtedy chodziło! – szepnęła. – To był tylko dalszy ciąg twojego matrymonialnego blefu ze studniówki…

– Mojego blefu! – prychnął z pobłażaniem Pablo. – Przypomnij sobie dobrze, kto na studniówce pierwszy zaczął blefować. Czy przypadkiem nie ta mała kanciara, która nawijała mi z taką przekonującą minką o małżeństwie przed dwudziestką i prawie-narzeczonym?

– Ale to przecież była prawda! – roześmiała się Lodzia.

– Z początku nawet mnie nabrałaś – przyznał. – Nigdy nie zapomnę, jak tłumaczyłaś mi wielce poważnym tonem te wszystkie szczegóły o kwiatach, sali na wesele i podróży poślubnej – znów parsknął śmiechem. – Ale ja cię przejrzałem, mała intrygantko, wiedziałem, że robisz mnie w balona… chociaż nie wiedziałem do jakiego stopnia, bo przecież coś w tych twoich szalonych opowieściach musiało być prawdą. I bardzo chciałem się dowiedzieć co.

– Dlatego podpiąłeś się pod mój wątek z narzeczonym? – pokiwała głową.

– To było logiczne. Gdybyś poważnie myślała o Karolu, nie zaprosiłabyś na studniówkę jakiegoś nieznajomego bandziora. Tego się trzymałem, choć nie byłem wcale taki pewny siebie… A zastępstwo za Karola tak mi się spodobało, że postanowiłem przejąć wszystkie jego przywileje, nawet gdyby okazało się, że to twoje planowane małżeństwo to tylko żarty. Mimo wszystko bałem się, że naprawdę dostosujesz się do rodzinnej tradycji i szybko wyjdziesz za mąż za kogoś innego, a tej myśli nie mogłem znieść od samego początku. Kiedy tak mi nawijałaś o tych twoich weselnych planach, pomyślałem sobie, że owszem, może i ta śliczna hochsztaplerka wyjdzie za mąż zgodnie z harmonogramem… ale jeśli już, to tylko za mnie.

– Ech, ty pyszałku! – pokręciła głową Lodzia.

– Oczywiście nawet nie myślałbym w takich kategoriach, gdybyś sama nie zaczęła tematu i nie rozprawiała o tym w tak uroczy i naturalny sposób, dokładnie tym samym tonem co o bakaliach w makowcu – ciągnął wesołym tonem. – Pomyślałem wtedy, tak trochę żartem… uwaga, Pablo, do broni, szabla w dłoń! Z tą kobietą masz naprawdę tylko jedną szansę. Albo uderzasz va banque i przebijasz wszystkich oferentów, albo ktoś szybko sprzątnie ci ją sprzed nosa, bo drugiej takiej nie ma na świecie, a kolejka już się ustawia… Więc co byś, stary ośle, powiedział na to, żeby jednak zrobić mamie tę przyjemność i w końcu się ożenić? Ten pomysł urzekł mnie od razu, dlatego po studniówce powiedziałem ci to, co powiedziałem. Bardzo chciałem zobaczyć, jak zareagujesz… A kiedy wracałem do domu, pierwszy raz na poważnie wyobraziłem sobie siebie w charakterze twojego męża i od tej pory coraz trudniej mi było uwolnić się od tej wizji. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie, stało się takie oczywiste. Znalazłem cel mojego dotychczas nieprzemyślanego życia, sens mojej pracy, moich planów… całej mojej przyszłości. Dlatego postanowiłem zrobić wszystko, żeby ten blef stał się rzeczywistością.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XXVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XXVII (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XXVII (8) (9) (10) (11)

Rozdział XXVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XXIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XXX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XXXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15) (16)

Epilog (1) (2) (3) (4) (5)


Dodaj komentarz