[Recenzja] Lucy Maud Montgomery, „Błękitny Zamek” (ang. „The Blue Castle”)

Autor recenzji: Katarzyna Demańska

Jak wspominałam w tym wpisie, jest to jedna z moich ulubionych książek z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości. Czytałam ją kilka razy i za każdym ta historia podobała mi się coraz bardziej. Krytycznie i technicznie rzecz ujmując, nie jest doskonała, sporo elementów fabuły jest w niej naciąganych. Jednak nie do odparcia jest jej urok tkwiący w klimacie, jaki otacza losy bohaterów oraz w tym czymś nieuchwytnym, co porusza najcieńsze i najbardziej subtelne struny serca.

Bohaterką powieści jest 29-letnia Valancy Stirling, w jednej z wersji polskich występująca jako Joanna (tłumacze nam tu nieco namieszali, ale trzymajmy się oryginalnych imion). Nie będę streszczać fabuły, jeśli ktoś chce ją znać przed przeczytaniem, może sobie zajrzeć tutaj. Podzielę się z Wami jedynie moją subiektywną opinią.

Gdybym miała określić jednym zdaniem, o czym jest Błękitny Zamek, powiedziałabym, że jest historią o spełnianiu marzeń i o prawdziwej miłości.

Każdy z nas, jak Valancy, nosi w sobie taki błękitny zamek czyli własny, wymarzony świat… Nie tylko dziewczyny (kobiety), chłopaki (mężczyźni) też! I każdy chciałby, żeby te marzenia się spełniły, nawet jeśli do końca nie wierzymy, że tak się stanie, bo jakże często marzymy zbyt… odważnie! Ale może tak właśnie trzeba? Powieść niesie w sobie jednoznaczne przesłanie: marzenia da się spełnić, lecz w tym celu trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. I przy tym zostać sobą, nie próbować pod żadnym pozorem grać kogoś innego. Jest to niewątpliwie historia o odnajdywaniu prawdziwego „ja”. Może nieco przerysowana, ale bardzo chwytająca za serce.

Jednak przede wszystkim jest to opowieść o miłości. Takiej spokojnej, bez fajerwerków, rodzącej się po cichu między dwiema osobami, z których jednej (Valancy) został rok życia, a druga (Barney – w wersji spolszczonej Edward) zgadza się jej towarzyszyć przez ten rok i sprawić, by spędziła go jak najszczęśliwiej. Szczególnie pięknie naszkicowana jest tu miłość mężczyzny do kobiety. Bo o ile główna bohaterka szybko zakochuje się w Barneyu (a nawet sama mu się oświadcza!), o tyle on z początku nie kocha niewyróżniającej się urodą Valancy, a jedynie ją lubi. Jednak kiedy poznaje ją bliżej, powoli, wśród codziennych obowiązków, w szarym nurcie spokojnego, małżeńskiego życia rodzi się i przybiera na sile jego głębokie uczucie wobec pełnej uroku kobiety, z którą ożenił się jedynie z litości, a bez której po roku już nie wyobraża sobie dalszego życia. Postać Barneya jest dla mnie clou całej powieści.

Powiem Wam, że uwielbiam takie historie, choć więcej w nich z baśni niż z prawdziwego życia. Ale czy nie po to są książki, by czytając je, oderwać się od szarej rzeczywistości? Bo książka jest tylko punktem wyjścia do rozmyślań nad sobą, nad światem, nad innymi… A Błękitny Zamek wyjątkowo mocno działa na wyobraźnię.

Źródło: unsplash.com

Powiązana recenzja: Lucy Maud Montgomery, Dziewczę z sadu

Inne recenzje:  Czytelnia


2 komentarze

  • Agnieszka

    10 listopada 2019

    „Błękitny zamek” to, obok serii o Emilce i „W pajęczynie życia”, moja ukochana powieść Maud i często do niej wracam. W Valancy Stirling zawsze odnajdywałam wiele z własnego życia i samej siebie :). Ta baśniowość fabuły zupełnie mnie nie razi – czym byłaby nasza szara rzeczywistość bez niej? Może nawet w naszym własnym życiu jest jej sporo, ale sami tego nie dostrzegamy?…

    Reply
    • Katarzyna Demańska

      10 listopada 2019

      Agnieszko, w pełni zgadzam się z Tobą. W życiu potrzebujemy choć trochę baśniowej aury i często jest ona na wyciągnięcie ręki, byleby tylko chciało nam się po nią sięgnąć. „Błękitny Zamek” pokazuje, że można i że warto to zrobić. W moim odczuciu, jest to wyjątkowa powieść w dorobku LMM.
      Sama w tym, co piszę, również staram się pokazać, że jak ważna w życiu jest choć odrobina baśniowego idealizmu, a tę da się przecież znaleźć nawet w najbardziej szarej rzeczywistości…
      Dziękuję Ci za komentarz :))

      Reply

Dodaj komentarz