[Recenzja] Lucy Maud Montgomery, „Emilka ze Srebrnego Nowiu” (ang. „Emily of New Moon”)

Autor recenzji: Katarzyna Demańska

Choć w nagłówku dzisiejszego wpisu umieszczam tylko jeden tytuł, natychmiast śpieszę uzupełnić go o dwa kolejne: Emilka dojrzewa (ang. Emily Climbs) i Emilka na falach życia (ang. Emily’s Quest). A to dlatego, że postanowiłam napisać od razu o całej serii. Historia Emilki ma bowiem formę trylogii, którą należy traktować jako całość (podobnie jak serię o Ani z Zielonego Wzgórza), mimo że na obrazku przedstawiam okładkę tylko pierwszego tomu. Jest to stare wydanie, które sama czytałam i do którego jestem emocjonalnie przywiązana, a grafikę okładki uważam za najbardziej udaną, jeśli chodzi o wszystkie znane mi wydania Emilki.

Zaznaczę przy tym, że podane wyżej polskie tytuły to wersja tłumaczenia, którą znałam z mojej własnej lektury, albowiem, jak przy rzadko której książce (tudzież serii książek), powieści o Emilce w kolejnych wydaniach polskich doczekały się kilku alternatywnych tytułów. I tak tom pierwszy możemy napotkać na półkach księgarni i bibliotek również pod tytułem Emilka z Księżycowego Nowiu. Z kolei w jednym z tłumaczeń drugi tom został zatytułowany poetycko Emilka szuka swojej gwiazdy, zaś trzeci posiada alternatywne tytuły Emilka szuka szczęścia lub Dorosłe życie Emilki. Piszę to po to, żeby uporządkować ten nomenklaturowy bałagan i uprzedzić o nim Czytelnika, który jeszcze nie zetknął się z historią tej bohaterki, a chciałby ją poznać – pomimo mnogości polskich tytułów, powieści w tej serii są tylko trzy.

Przedmiotem trylogii, która adresuje się do nastoletnich czytelniczek, są losy tytułowej bohaterki przedstawione na przestrzeni kilkunastu lat. Towarzyszymy zatem Emily Starr od samego początku, od małej dziewczynki osieroconej przez ojca i oddanej pod opiekę nieznajomych ciotek ze Srebrnego Nowiu, poprzez jej lata nastoletnie aż po czasy, gdy staje się dorosłą, doświadczoną życiem dwudziestokilkuletnią kobietą.

Jak wszystkie powieści Montgomery (recenzowałam już Błękitny Zamek i Dziewczę z sadu) historia Emilki ma swój specyficzny urok związany z jednej strony z samą kreacją postaci (łączącą rysy romantyczne i humorystyczne), a z drugiej ze scenerią akcji, zwłaszcza z atmosferą starych domów prowadzonych przez leciwe, dystyngowane ciotki oraz opisem nadmorskich, kanadyjskich krajobrazów. Osobiście uwielbiam ten klimat.

Trzeba przyznać, że bohaterka bardzo szybko chwyta czytelnika za serce. Utraciwszy we wczesnym dzieciństwie matkę, a następnie również ojca, który nie był dobrze widziany w jej rodzinie, gdyż to z nim przed laty uciekła z domu jej matka, Emilka musi poradzić sobie w nowym środowisku. Po burzliwych pertraktacjach na temat tego, kto z rodziny ma zająć się dalszym wychowaniem osieroconego dziecka, dziewczynka trafia ostatecznie do Srebrnego Nowiu, rodzinnego domu jej matki, w którym obecnie mieszkają jej dwie ciotki i gdzie panują surowe, purytańskie zasady. Wrażliwe i obdarzone ogromną wyobraźnią dziecko, posiadające jednocześnie wyostrzony zmysł krytyczny i sporo tupetu, szybko znajdzie sobie przyjaciół (w tym uważanego za niespełna rozumu kuzyna Jimmiego, który stanie się jej bezwarunkowym sprzymierzeńcem), a następnie przekona do siebie również ciotki – najpierw (bardzo szybko) łagodną i życzliwą Laurę, a potem również chłodną i surową Elżbietę Murray.

Trylogia, jak wspomniałam, pokazuje kolejne fazy życia i dojrzewania bohaterki, począwszy od wczesnego okresu nastoletniego spędzonego w Srebrnym Nowiu, poprzez pobyt w szkole, kiedy zamieszkuje u nieżyczliwej jej ojcu ciotki Ruth, aż po czas, kiedy jest dorosłą już kobietą. Szczególną rolę w jej życiu odgrywa trójka przyjaciół-rówieśników – niesforna Ilza zaniedbywana i puszczona samopas przez ojca, nieco nieokrzesany ale za to ambitny Perry, który marzy o karierze politycznej, oraz wrażliwy, plastycznie uzdolniony Ted (w spolszczonej wersji Tadzio). Ten ostatni od początku budzi ciepłe uczucia Emilki, które z biegiem czasu przeradzają się w coraz głębsze przywiązanie, a wreszcie i w miłość. Miłość, którą Ted zapewne odwzajemnia… a może nie? Emilka prawie do samego końca historii nie jest tego pewna, co najwyżej może się domyślać.

No właśnie. Przyznaję bez owijania w bawełnę, że wątek uczuciowy, sfinalizowany w formie happy endu w ostatnim tomie powieści, nie powalił mnie, a raczej pozostawił duży niedosyt. W przeciwieństwie do Perry’ego i Ilzy oraz do samej Emilki Ted jest dla mnie postacią mdłą i bez wyrazu, a już zupełnie nie przekonał mnie jako postać męska. Zwłaszcza rozczarowało mnie jego wyznanie uczuć w liście skierowanym do Emilki, lecz przechwyconym i ukrytym przez jego własną, zazdrosną matkę. Czy tak ważne wyznanie warto składać na papierze, gdy można poczekać na okazję do spotkania sam na sam i wyznać uczucia wprost?

Konsekwencje tego były wszak daleko idące – pewny, że Emilka (która nie dostała jego listu) nie odwzajemnia jego uczuć, Ted oświadcza się Ilzie, by być blisko ukochanej przynajmniej w ten pośredni sposób, czyli jako mąż jej najbliższej przyjaciółki. No… przepraszam, ale ja takiego myślenia nie kupuję. Pomysł ożenienia się z niekochaną kobietą, gdyż nie dostało się odpowiedzi na list od tej jedynej, w dodatku bez upewnienia się o braku jej wzajemności w rozmowie w cztery oczy, to w moim odczuciu wynik nie tyle wrażliwości, co nieporadności młodego człowieka.

Na szczęście Ilza również nie kocha swojego narzeczonego i to ona, wspomagana przez niezwykłe zrządzenie losu, naprawia to, co zepsuł Ted. W dniu ich ślubu, panna młoda dowiaduje się, że Perry, którego zawsze traktowała z góry i reprymendowała za brak ogłady, miał ciężki wypadek samochodowy i jest w stanie agonalnym. Ta ostatnia informacja okaże się wkrótce mocno przesadzona, jednak przerażona Ilza porzuca narzeczonego tuż przed ceremonią ślubną i niemalże gubiąc po drodze welon (ach!), biegnie do szpitala, by wyznać „umierającemu” Perry’emu miłość, którą od dzieciństwa skrywała na dnie serca. A zatem, dzięki temu, że Ilza posiada znacznie więcej cojones od swego niedoszłego męża, dwa przeznaczone sobie serca odnajdują się, by następnie żyć długo i szczęśliwie. I choć porzucony Ted przeżywa przy tym wielkie, publiczne upokorzenie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przyszłość da mu znacznie więcej, niż stracił.

Dużo ciekawszą postacią niż Ted jest Dean, choć w jego postaci od początku (nawet jako bardzo młoda czytelniczka) wyczuwałam coś ponurego i odpychającego. Dean jest o 24 lata starszy od Emilki, czyli mógłby być jej ojcem, a jednak można wychwycić, że od początku, od ich pierwszego spotkania (kiedy ona ma 12 lat, a on 36) czuje do niej przysłowiową „miętę”… W dzisiejszych czasach byłoby to bardzo źle widziane, że tak ujmę rzecz eufemistycznie, jednak trzeba Deanowi oddać sprawiedliwość, że cierpliwie czeka na Emilkę i oświadcza jej się dopiero, gdy dziewczyna osiąga wiek dorosły. Co ciekawe – jego oświadczyny zostają przyjęte, romantyczna Emilka w obliczu niezdecydowania Teda decyduje się wyjść za mąż za człowieka, którego nie kocha, a uważa jedynie za przyjaciela…

Co staje na przeszkodzie w wykonaniu tego planu i ratuje dziewczynę przed popełnieniem największego błędu jej życia? Ano coś, co akurat bardzo mi się podobało w kreacji Emilki, mianowicie jej metafizyczne zdolności, których sama nie rozumie – jasnowidzenie z elementami bilokacji. Dzięki temu darowi, którego zresztą boi się i którego nie chce, udało jej się niegdyś ocalić zatrzaśniętego w opuszczonym domu chłopca oraz wyjaśnić tajemnicę zaginięcia matki Ilzy. Teraz zaś ratuje przed śmiercią ukochanego Teda. Jak to robi?

Niedługo przed ślubem z Deanem szóstym zmysłem Emilka widzi Teda na dworcu w Europie, gdzie tenże kupuje bilet na pociąg mający dowieźć go na statek płynący do Kanady. Czując, że musi ratować go przed jakimś bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem, odciąga go od okienka, by nie mógł kupić biletu. Ted potwierdza później tę samą wizję – na dworcu ukazała mu się przebywająca na innym kontynencie Emilka, która kazała mu odejść od okienka z biletami. Zaskoczony wykonał jej polecenie, przez co nie zdążył kupić biletu na pociąg i spóźnił się na statek. Wściekły, że stracił rejs przez jakąś absurdalną wizję, wkrótce zmienia zdanie, bowiem świat obiega wiadomość o katastrofie morskiej – statek, którym miał płynąć, zatonął na oceanie…

Okoliczność ta jest dla Emilki „dowodem” na to, że jej dusza należy do Teda, to zaś prowadzi ją do zerwania zaręczyn z Deanem. I dobrze, bo związek z tak dużo starszym i przede wszystkim niekochanym mężczyzną wpędziłby bohaterkę w pułapkę bez wyjścia. Jak się zresztą okaże, Dean nie zawsze był z nią szczery – zazdrosny o jej pasję pisania, wydał niegdyś niesłusznie negatywną opinię o napisanej przez nią książce, którą ufająca jego autorytetowi Emilka spaliła… Informacja o tym, że książka była bardzo dobra (a rękopis jest już nie do odtworzenia), wyrównuje między nimi rachunki i przywraca Emilce spokój.

Tu uprzedziłam już kolejną myśl. Mianowicie powieść zawiera elementy autobiograficzne, z których najbardziej wyraźny (i zresztą interesujący mnie w sposób szczególny) jest wątek „pisarski” – Emilka bowiem, podobnie jak Lucy Maud Montgomery, jest pisarką. Pisze właściwie od zawsze, odnotowując w pamiętniku rozmaite obrazki z codzienności, przy czym po śmierci ojca jej pisanie przybiera formę „listów do nieba” skierowanych do zmarłego. W wieku dorosłym wydaje swoją pierwszą powieść, a właściwie drugą, gdyż pierwszą, napisaną w przypływie nadzwyczajnej weny, spaliła po negatywnej ocenie Deana. Jako dziecko wenę twórczą określa jako „promyczek”, który może oświetlić jej umysł w każdej chwili, w tym również w nocy – a wtedy Emilka musi natychmiast zapisać myśl, by ta jej nie uciekła, co prowadzi do mniej lub bardziej komicznych, tudzież dramatycznych sytuacji.

Oprócz Emilki, jako młoda czytelniczka, sympatią darzyłam również niepoprawną Ilzę, w przypadku której głęboko poruszył mnie wątek jej matki – młodej kobiety posądzonej o ucieczkę z kochankiem, przez co załamany i przekonany o jej zdradzie mąż zaniedbał wychowanie dziecka. Dzięki zdolnościom jasnowidzenia Emilka doprowadza do rozwiązania tajemnicy i oczyszczenia pamięci kobiety, która wcale nie odeszła od męża i dziecka, lecz wracając o zmroku do domu wpadła do niezabezpieczonej studni, w której po kilkunastu latach odnaleziono jej szczątki.

Co powiem ogólnie o serii o Emilce? Może najpierw to, że jako nastolatka zaczytywałam się w niej pasjami i bardzo lubiłam główną bohaterkę. Następnie to, że jest to historia chwytająca za serce i mogąca wywierać pozytywny wpływ na postrzeganie świata przez młodą osobę, zwłaszcza jeśli chodzi o kształtowanie jej wrażliwości na drugiego człowieka. Wreszcie na koniec dodam, że o ile czas i przestrzeń, w których sytuuje się opowieść, są może odległe i egzotyczne dla współczesnej polskiej nastolatki, o tyle w moim odczuciu historia Emilki pod względem psychologicznym i charakterologicznym jest ciągle aktualna i wartościowa. I z tego względu bez wątpienia warto ją przeczytać.

Źródło: pixabay.com

Powiązane wpisy:

Lucy Maud Montgomery, Błękitny Zamek

Lucy Maud Montgomery, Dziewczę z sadu

Inne recenzje:  Czytelnia


Dodaj komentarz