[Recenzja] Tadeusz Dołęga-Mostowicz, „Znachor”

Autor recenzji: Katarzyna Demańska

Kolejny raz, po Trędowatej Heleny Mniszkównej i Opętanych Witolda Gombrowicza, sięgam po powieść z czasów polskiego okresu przedwojennego, mianowicie po Znachora Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Tekst został wydany w roku 1937, czyli zaledwie dwa lata przed wybuchem II wojny światowej, a ciekawostką jest to, że w początkowej wersji powstał jako scenariusz filmowy, lecz nie wzbudziwszy zainteresowania ówczesnych filmowców, został przez autora przepisany w formie powieści. Jak to często bywa, powieść odniosła ogromny sukces, a niedoceniony scenariusz szybko wrócił do łask, Znachor bowiem szybko doczekał się swej pierwszej ekranizacji (1937), choć ta najbardziej znana, w reżyserii Jerzego Hoffmana, pochodzi dopiero z roku 1982.

Niewątpliwie to właśnie film Hoffmana najbardziej przyczynił się do rozsławienia w późniejszych pokoleniach wzruszającej historii Rafała Wilczura, światowej sławy profesora chirurgii, który w wyniku pobicia po traumatycznym wydarzeniu rodzinnym doznaje zaniku pamięci i jako bezimienny włóczęga, a następnie niejaki Antoni Kosiba przemierza kraj w poszukiwaniu pracy, by móc zarobić na przysłowiowy kawałek chleba.

Zanik pamięci genialnego chirurga nie powoduje jednak u niego utraty umiejętności medycznych nabytych przez lata doświadczenia w pracy uniwersyteckiej i w praktyce lekarskiej, a niebywała intuicja chirurgiczna i pewność ręki, która zawsze budziła podziw jego uczniów, nie ulegają w żaden sposób degradacji. Choć Kosiba sam nie wie, skąd posiada tak gruntowną wiedzę z zakresu medycyny i anatomii, ludzkie współczucie i chęć niesienia pomocy współmieszkańcom małej miejscowości, w której po latach włóczęgi wreszcie osiadł na dłużej, skłaniają go do wykonania trudnej operacji, w wyniku której, pomimo braku odpowiednich narzędzi i warunków, syn młynarza zostaje uratowany od trwałego kalectwa. Tak rodzi się sława docenionego wkrótce w całej okolicy „znachora”, który „nie pomaga ani biednym, ani bogatym, tylko ludziom” i którego fenomenalne umiejętności budzą zdumienie i wrogość miejscowego lekarza.

Z dalszą częścią historii najlepiej zapoznać się osobiście – albo poprzez bezpośrednią lekturę Znachora (tekst w całości jest dostępny on-line), albo przynajmniej oglądając film Hoffmana, który wiernie odzwierciedla zarówno fabułę powieści, jak i jej klimat. Podziw budzi zwłaszcza postać tytułowego znachora, rewelacyjnie zagrana przez Jerzego Bińczyckiego, który, w moim odczuciu, nie tylko wspaniale oddaje charakter bohatera, ale nawet z wyglądu perfekcyjnie pasuje do tej roli (co nie zawsze w ekranizacjach powieści jest normą).

„Znachor” (1982), reż. Jerzy Hoffman, w roli głównej Jerzy Bińczycki
Źródło: youtube.com

Dlaczego piszę o tej powieści? Czy oznacza to, że Znachora uważam za pozycję książkową, która może zainteresować współczesne dziewczyny? Ano owszem – sądzę, że tak. Nie jest to może szczyt literackiego artyzmu pokroju choćby Lalki czy fenomenalnych powieści Witolda Gombrowicza (który notabene obracał się w tym samym środowisku literackim co Dołęga-Mostowicz i z powodu jego sławy przeżywał frustrację), jednak historia profesora Rafała Wilczura, a także jego utraconej córki Marysi, ma ten atut, że należy do najbardziej wzruszających i wyciskających łzy, jakie kiedykolwiek wymyślono.

No właśnie – Marysia. A właściwie Maria Jolanta Wilczur, czyli zdrobniale Mariola, jak nazywali ją w dzieciństwie rodzice. Jej historia, która Znachorze stanowi atrakcyjny wątek romansowy, jest kolejnym powodem, dla którego pokolenia kobiet z wypiekami na policzkach zaczytywały się w powieści Dołęgi-Mostowicza… Głęboka miłość, jaka pod okiem miasteczkowych plotkarzy rodzi się pomiędzy nią, młodziutką, ubogą ekspedientką, a przystojnym inżynierem z arystokratycznej rodziny, Leszkiem Czyńskim, oraz przeszkody, jakie oboje muszą pokonać, żeby móc być razem pomimo przepastnej różnicy stanu i majątku, niezmiennie budzą zainteresowanie żądnych emocji czytelniczek.

Również wspomniany film Hoffmana, w którym rolę Marysi gra zachwycająca urodą Anna Dymna, w zgrabny sposób eksponuje ten wątek, czyniąc z niego kolejny powód do wyciśnięcia łez z oczu widzów. Zwłaszcza dramatyczna chwila, gdy znachor Kosiba ratuje życie rannej w wypadku motocyklowym, będącej już w agonii Marysi, przeprowadzając na niej ryzykowną i z góry skazaną na niepowodzenie operację trepanacji czaszki… A potem jeszcze bardziej wzruszający moment, gdy losy dwojga zakochanych o mało co nie zamieniają się w powtórkę tragicznej historii Romea i Julii – szykujący się do samobójstwa Leszek, któremu powiedziano, że ukochana zginęła w wypadku, dowiaduje się niespodziewanie, iż dziewczyna żyje… Przyznam, że i mnie nadal wzrusza ta historia, choć znam ją w szczegółach, a film, który za moich młodych czasów często puszczano w telewizji, oglądałam kilkakrotnie, zawsze z tymi samymi emocjami, a momentami i ze łzami w oczach.

Czy polecam tę powieść? Polecam. Nie tylko ze względu na ciekawą fabułę, ale również z uwagi na jej wymiar psychologiczny. Jest to bowiem historia człowieka, który miał i nagle stracił wszystko, który jak potężne drzewo został „wyrwany z korzeniami”… człowieka pozbawionego przeszłości, wspomnień, ale i nadziei… człowieka prześladowanego za czynienie dobra… człowieka o wrażliwej duszy, szlachetnego, bezinteresownego i wielkiego w swej skromności. Pomimo straszliwych zawirowań, przez jakie musiał przejść w życiu profesor Rafał Wilczur alias znachor Antoni Kosiba, był on i pozostał do końca tym, kogo zawsze podziwiałam w nim najbardziej – czyli idealistą. Niepoprawnym idealistą, którego zawsze warto w sobie pielęgnować… bo czymże byłby świat bez idealistów? Powieść Dołęgi-Mostowicza pobudza naszą wyobraźnię i skłania do refleksji nad tym pytaniem – i choćby dlatego zachęcam do jej przeczytania lub przynajmniej obejrzenia podlinkowanego powyżej filmu.

Źródło: pixabay.com

Inne recenzje:  Czytelnia


Dodaj komentarz